Oł rajt, lecimy dalej z Sardynią, a konkretnie z najlepszym – przynajmniej moim skromnym zdaniem, które wyrobiłem sobie na podstawie kilku odwiedzonych skrawków wyspy – kąskiem, jakiem ma nam do zaserwowania północna jej część. Czyli będzie o mieście Alghero. I o położonej tuż nieopodal Grocie Neptuna.

Zaczniemy alfabetycznie, tyle że nie do końca, bo na opak…

Grota Neptuna i klif Capo Caccia

Czyli Grotte di Nettuno, jak to mawiają włosi w swym pradawnym narzeczu. Jest to pokaźnych rozmiarów jaskinia, położona u podnóży ponad stumetrowego klifu Capo Caccia stanowiąca, zdaniem niektórych, perełkę i absolutny mast-si jeśli chodzi o atrakcje Sardynii.

Dotrzeć można do niej na dwa sposoby:

Statek

Raczej odradzam tę opcję. Aby dostać się do groty statkiem, należy najsampierw dojechać do miejsca, skąd statki odpływają, czyli do przystani w Alghero. Tam, o ile nie jesteśmy służbowo z teczką, należy uiścić opłatę za podróż, która to opłata wynosiła wtedy gdy sprawdzałem około 11 euro w tę stronę (czyli w stronę groty) i około 13 euro nazad (czyli z powrotem do Alghero).

Dociekliwi czytelnicy zapewne będą chcieli wiedzieć, skąd ta niewielka różnica pomiędzy kosztem podróży w tę i nazad, dlatego uspokajam – wszystko wyjaśni się w dalszej części wpisu.

Dlaczego odradzam tę formę dostania się do groty?

Ano z trzech powodów. Raz – że 24 euro za osobę piechotą nie chodzi. Dwa – że z tego co wyczytałem (bo przecież sam nie płynąłem, chyba nie sądzicie, że aby coś odradzać, trzeba to najpierw przeżyć), sama podróż nie serwuje nam jakichś nieprzeciętnych estetycznych doznań i jako taka niespecjalnie różni się od wszelkich innych podróży małymi stateczkami po morzu śródziemnym. A trzy – jeżeli popłyniecie statkiem, to przejdą wam koło nosa prawdopodobnie najbardziej oszałamiające widoki, jakie północna Sardynia ma do zaoferowania.

Schodami na piechotę

Zdecydowanie polecam ten sposób. Aby dostać się do groty na piechotę, należy najsampierw podjechać na Capo Caccia i zostawić tam samochód (albo wysiąść z autobusu), a następnie zejść na dół wydrążonymi w skale schodkami, które prowadzą wprost do samej jaskini. Sposób ten polecam, bo raz, że 24 euro zaoszczędzicie, a dwa, że no, jakby to wyjaśnić… schodząc schodami, podziwiać można widoki tak zjawiskowe, że aż nawet ja, pan Koszmarny, którego niewiele rzeczy jest w stanie wzruszyć, się zachwyciłem.

Ekwiwalent dwóch tysięcy słów:

Schody Capo CacciaSchody Capo Caccia

Prawda, że ładnie? Powiem wam szczerze, że w rzeczywistości wygląda to znacznie lepiej, ale skoro nie mamy pod ręką rzeczywistości, to jeszcze kilka zdjęć:

Schody do Groty NeptunaCapo Caccia

Ok, myślę, że tyle powinno wystarczyć, aby pozytywnie nastawić was do idei schodków. A skoro już jesteście pozytywnie nastawieni, to czas postawić fundamentalne pytanie: czy jest jakiś haczyk?

Na tak postawione pytanie, odpowiedź może być tylko jedna: ano jest. Bo wiecie, wszystko jest dla ludzi, schody też. Rzecz w tym, by we wszystkim zachować umiar, a schodków, które z Capo Caccia prowadzą do Groty Neptuna nie jest pięć, dziesięć, ani nawet pięćdziesiąt. Jest ich prawie 700. Czy to dużo? Zależy z której strony spojrzeć. Jeżeli schodzisz na dół to nie. Jak wchodzisz na górę – trochę ich jednak jest.

Dlatego, też:

  • Jeżeli jesteście grubo po dziewięćdziesiątce – wybierzcie statek.
  • Jeżeli macie nogę w gipsie – wybierzcie statek.
  • Jeżeli ważycie ponad dwieście kilogramów – wybierzcie… dobra, jeżeli ważycie ponad dwieście kilogramów nie wybierajcie statku (bo strach), tylko idźcie na dietę. A po diecie – na schody prowadzące do Groty Neptuna.
  • Jeżeli natomiast potraficie się samodzielnie poruszać, to wybierzcie schody. Naprawdę, nie musicie być sportowcami. Dacie radę. (Aha! I dzieci też dadzą radę. Moja pięcioletnia córka weszła bez problemów – marudziła tylko trochę pod koniec).

Ja te schody przeliczałem, zastanawiałem się nad nimi, bo wiecie jak to jest: sam pan Koszmarny to człek może i średnio wysportowany, ale bez przesady, żeby nie mógł kilku schodków pokonać. Tylko że pan Koszmarny do groty schodzić nie miał sam, lecz z dzieciokiem w nosidełku przylepionym do brzucha i stąd się brała pewnego rodzaju niepewnoć, z jaką pan Koszmarny do schodków podchodził. No bo dzieciok trochę waży, a kręgosłup jest tylko jeden. Więc sprawdzałem, przeliczałem, ile to jest, te 700 schodów, myślałem, walczyłem z samym sobą, ale w końcu się odważyłem.

I to była dobra decyzja. Jeszcze kilka zdjęć dla pewności:

Grota Neptuna z dystansu

Grota Neptuna z bezpiecznej odległości

Informacje praktyczne dotyczących schodów

  1. Otóż ze schodów łatwiej się schodzi, niż na nie wchodzi (już wiecie, dlaczego powrót statkiem do Alghero był droższy).
  2. Jeżeli macie zamiar iść schodami z dzieckiem w nosidełku, to starajcie się wybrać na wizytę w grocie nieco chłodniejszy dzień (podczas gdy ja szedłem było koło 20C i bardzo się cieszyłem, że 20C to nie 30C).
  3. Po drodze nigdzie nie ma kibli, więc odlejcie się na górze… wróć, na górze też nie ma kibli – odlejcie się na zapas w samolocie.
  4. Schodów jest 650 i są wykute w skale.
  5. Zarówno schodząc, jak i wchodząc – obserwujcie widoki.
  6. Jeżeli zmęczy was wchodzenie i w dupie macie widoki, to przystańcie na chwilę, by poudawać, że wcale nie macie ich tam gdzie w istocie macie, ba, że chcecie je sobie, te widoki, w spokoju pokontemplować. Taki prosty manewr pozwoli wam zyskać trochę cennego czasu, który można wykorzystać na przeklinanie cholernych turystycznych zapędów pani Żon lub na prozaiczne uspokojenie oddechu.
Schody Capo Caccia:

Miodność – 6/6

Grota Neptuna

Ok, schody mamy za sobą, więc czas na samą grotę. I tu małe zaskoczenie, bo okazało się, że nie ma możliwości, by sobie do niej wejść ot tak. To znaczy pan Koszmarny już wcześniej wiedział, że grota jest biletowana (13 euro, dzieciak pięcioletni za free), ale na miejscu okazało się, że jest nie tylko biletowana, lecz też jej zwiedzanie musi odbywać się w grupie z przewodnikiem. No cóż, nie jest to rzecz, jaką tygrysy lubią najbardziej.

Grupy wchodzą co pół godziny, więc musieliśmy trochę poczekać. No to czekaliśmy… Aż się doczekaliśmy i wbiliśmy do środka. A w środku, no cóż, ładnie jest. Ekwiwalenty tysięcy słów:

Grota Neptuna

Grota Neptuna w pełnej okazałości

Grota Neptuna

Jeszcze kilka słów o samym zwiedzaniu. Były trzy przystanki, kiedy to staliśmy i słuchaliśmy co nam przewodnik ma do powiedzenia. Gadał w dwóch językach (włoski i angielski, gdyby się ktoś nie domyślił). Ogólnie dało się przeżyć. Nasza grupa liczyła około trzydziestu osób, ale z tego co czytałem, w szczycie sezonu  wchodzi naraz około 200. No cóż, już to gdzieś chyba pisałem, ale powtórzę jeszcze raz: nie polecam Sardynii w szczycie sezonu. Generalnie przez to, że Grota Neptuna tak mocno oblegana, jej zwiedzanie odradzają również ludzie, co to na Sardynii zęby zjedli. W zamian polecają jaskinię na południu wyspy, blisko Cagliari. Tej jednak zwiedzić się panu Koszmarnemu nie udało, więc ciężko powiedzieć cokolwiek więcej na ten temat.

Uwaga! Grotę Neptuna polecam odwiedzać poza szczytem sezonu. W lipcu/sierpniu rozważałbym odpuszczenie sobie tej atrakcji. Zawsze natomiast warto przejść się prowadzącymi do niej schodkami z Capo Caccia.

Choć jaskinia robi dobre wrażenie i zdecydowanie warta jest odwiedzenia, to panu Koszmarnemu i tak bardziej przypadły do gustu schody.

Grota Neptuna:

Miodność – 4/6

Zadeptanie (w sezonie) – 7/6

Po wyjściu z groty, minęliśmy mięczaków, którzy czekali na swój statek i dziarsko podążyliśmy na górę. A jak już tam dotarliśmy, to odetchnęliśmy głęboko. Pan Koszmarny wyciągnął cigarka, dzieciok lizaka i byłoby pięknie, gdyby nie pani Żon, która kazała nam wsiadać do samochodu, by tym samochodem prędziutko jechać do…

Alghero

Choć z grotą poszło nam w miarę sprawnie, to i tak w Alghero wylądowaliśmy późno, bo dopiero koło siedemnastej. Jeżeli ktokolwiek z was sądzi, że siedemnasta to wcale nie jest późno, to mogę temu komukolwiek z was powiedzieć, że w sumie ma rację, ale niewiele wie o tym, co to znaczy podróżować z dziećmi.

Wracając jednak do tej siedemnastej… na zwiedzanie miasta nie mieliśmy wiele czasu i, kurcze-kurde, trochę tego żałuję. Bo Alghero warto zobaczyć bez pośpiechu. 

AlgheroAlghero

Dla pewności jeszcze jedno zdjęcie, tym razem z wiszącym praniem:

Uliczki Aghero

Gdybym był wami, to zapytałbym: czemu te ciuchy takie różowe? Czyżby ktoś coś dorzucił felerną skarpetkę do pralki? A może Alghero szykuje się na coroczny zlot Stowarzyszenia Dzidzia Piernik? Otóż nie 🙂 Byliśmy tam w maju, a w maju, jak to wszyscy obeznani ludzie wiedzą, zaczyna się Gido dItalia, czyli największy włoski wyścig kolarski. I właśnie na cześć owego wyścigu, a konkretnie na cześć aktualnego lidera (który ma prawo nosić koszulkę właśnie w kolorze różu) wywieszono po całym mieście takie dekoracje.

Skoro już jesteśmy przy kolorze różowym, to na różowo polecę moją notkę o tym, co zobaczyć na Sardynii. Warto zajrzeć, szczególnie jeżeli planujecie wypad w tamte strony.

Wracając jednak do naszej wyprawy…

Zwiedzanie z dzieckiem

Po krótkiej przebieżce po miasteczku, młodszy dzieciok zaintonował wstęp do histerycznego płaczu, co było dla nas jednoznacznym sygnałem, że czas na karmienie. Tylko gdzie tu karmić, myślimy sobie, skoro wszędzie ludzie? Może nad morzem? Nie, nad morzem za bardzo wieje. Może tu? Nie, to przecież muzeum.

Więc tu, wskazuję palcem na opuszczony zaułek przy niewielkim kościółku, tu, przy tych drzwiach spróchniałych, co to chyba od zeszłego wieku nie były otwierane. Siądziesz, mówię do pani Żon, przy kościółku, sobie spokojnie nakarmisz, a jak się jakiś przypadkowy przechodzień napatoczy, to może nam jeszcze rzuci ze dwa euro z litości.

Alghero - katalońska Sardynia

Alghero – katalońska Sardynia

– Koszmarny, ty debilu – odpowiedziała pani Żon – jakie dwa euro? Co ty niby sugerujesz?

Na co ja wzruszyłem ramionami, bo doprawdy nie wiedziałem, co ja niby sugeruję.

– A masz lepszy pomysł? – rzekłem do tego, chyba trochę niegrzecznie, bo pytaniem na pytanie.

Teraz pani Żon wzruszyła ramionami, bo przecież lepszego pomysłu nie miała. Więc usiadła na ławeczce przy spróchniałych drzwiach, w przykościółkowym zaułku i wyciągnęła swą pierś i dała tę pierś swemu dzieciokowi młodszemu, a dzieciok młodszy jak od ręki zamilknął, gdyż dobra to była pierś i dobre było z tej piersi mleko.

Pani Żon karmiła, ja natomiast zająłem się dzieciokiem starszym, z którym to ogarniać zaczęliśmy atrakcje przykościółkowego zaułka. Niestety, atrakcji zbyt wielu nie było, ot, jakiś papierek leżał na nieskoszonej trawie, ot motylek przefrunął i takie tam pierdoły.

Nieoczekiwany najazd hordy

Czas by jednak zleciał, dzieciok młodszy by się najadł i cała ta historia nie warta by była opowieści, gdyby nie dobiegł do nas nagle dziwny dźwięk. Coś zaskrzypiało, coś odchrząknęło, kurz się uniósł i, no cholera nie uwierzycie, spróchniałe drzwiczki, które wyglądały jakby przez nie nikt od zeszłego wieku nie przechodził, się otworzyły. A jak już się otworzyły, to wypełzła z nich horda dziarskich emerytów.

Szli gęsiego, a było ich przynajmniej dwudziestu; szli przed siebie krokiem pewnym, jakby nic przez całe życie nie robili, tylko tak szli. I niemal każdy, mijając moją panią Żon zerkał ukradkiem na nią i jej pierś odsłoniętą. Niby przypadkiem, ale jednak zerkał.

Pani Żon utknęła w pułapce. Dziecko się przyssało, więc przerwać karmienia nie mogła. Dlatego ja postanowiłem ruszyć z pomocą i pędem się do niej zerwałem, żeby stanąć tam i zasłonić jej kobiece atrybuty, które nakazem społecznego konwenansu powinny pozostawać zasłonięte, ale było już za późno. Rząd kroczących dziarsko emerytów zastawiał mi drogę, więc jedyne co mogłem zrobić, to – niby przypadkiem, niby ukradkiem – uśmiechnąć się z satysfakcją i uśmiechem tym obwieścić każdemu kroczącemu emerytowi, że tak. To moja pani Żon i ja jej piersi dotykałem. Nie bez przyjemności zresztą.

Wracając jednak, do naszej wyprawy… Po nakarmieniu dziecioka okazało się, że jest już naprawdę późno i tak, zgadliście, musieliśmy wracać.

Ulice AlgheroAlghero - boczna uliczka

No coż – do nadrobienia następnym razem.

W każdym razie, jeżeli zastanawiacie się, co w pierwszej kolejności warto zwiedzić na Sardynii, to sprawa jest prosta. Powinien to być powiew Katalonii w postaci uroczego Alghero. Oraz powiew morskiej bryzy jaki oferuje Grota Neptuna (koniecznie wraz z zejściem schodami po Capo Caccia!).

Alghero:

Miodność – 5/6

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.