Ponieważ jestem wredny, to już w pierwszym zdaniu będzie spoiler: Famagusta jest miejscem niezwykle interesującym i na pewno wartym odwiedzenia.

Zanim jednak zaczniecie wyszukiwanie tanich lotów na Cypr, proponuję poświęcić kilka minut i zapoznać się z moją relacją z wizyty w tym ciekawym miejscu, gdyż moja relacja z wizyty w tym ciekawym miejscu, jest niezwykle interesująca i na pewno warta przeczytania 🙂

Wjazd do Cypru Północnego

Na granicy niewielki ruch, właściwie tylko ze trzy auta z czerwonymi rejestracjami. My też taką mamy – na Cyprze czerwone tablice zarezerwowane są dla samochodów z wypożyczalni. Wykupujemy obowiązkowe ubezpieczenie OC (trzydniowe kosztuje 20 euro), machamy paszportami i bez problemu przebijamy się na teren Cypru Północnego. Czyli takiego państwa, które to niby jest, ale tak naprawdę każdy udaje, że go nie ma.

Na północy, tak jak i na południu, ruch niestety lewostronny. Oprócz tego drogi nieco szersze, mniej samochodów, no i zdecydowanie wyższe progi zwalniające (trzeba na nie uważać). Famagusta (czy też, jak mówią po tureckiej stronie, Gazimagusa) znajduje się zaledwie kilka kilometrów od granicy, więc po krótkiej przejażdżce wjeżdżamy do miasta.

Zwiedzanie Famagusty

Parkujemy na Lala Mustafa Pasa, nie ma większego problemu ze znalezieniem wolnego miejsca. Tuż obok stoją ruiny Greckiego Kościoła Prawosławnego, które to wyglądają na tyle zachęcająco, że od razu kierujemy do nich swoje pierwsze kroki:

Grecki Kościół Prawosławny - Famagusta

Ruiny kościoła - Famagusta

Zanim zdążymy postanowić, w którą stronę zmierzać będą nasze kroki drugie, zaczyna padać. Chociaż nie, wróć, zaczyna padać to za mało powiedziane. To oberwanie chmury, grzmoty, błyskawice. Chowamy się więc pod niewielką zachowaną częścią dachu kościoła, tuż obok niepokojącego pana z reklamówką. Niepokojący pan z reklamówką spogląda na nas z niepokojem i pali szluga za szlugiem, dzieciok bawi się kamykami, pani Żon wzdycha, a ja mówię, że za chwilę ten deszcz musi przejść.

Meczet Mustafy Lali Paszy

Po ponad godzinie okazuje się, że połowicznie miałem rację – otóż bowiem deszcz przeszedł, ale nie że tak zaraz. Tak czy inaczej, ruszamy dalej w stronę meczetu Mustafy Lali Paszy. To największy budynek w mieście i zarazem niezwykle ciekawa budowla, która początkowo wcale była meczetem, lecz katedrą św. Mikołaja.

Meczet Mustafy Lali Paszy - Famagusta

Meczet w Famaguście

Wiecie w jaki sposób przerobić przerobić gotycką katedrę na meczet? Och, to doprawdy bardzo proste. Wystarczy poczekać aż święty Mikołaj będzie zajęty pakowaniem prezentów, a potem, korzystając z jego nieobecności uciąć kawałek wieży i dobudować w zamian minaret. Efekt, jak widać na powyższych fotografiach, oszałamiający.

Dalej ruszamy główną ulicą w stronę murów miejskich, na które to mury oczywiście się wspinamy. Ogarniamy widoczki, cieszymy się radosnym orzeźwieniem jakie daje wiaterek, po czym schodzimy na dół, by coś zjeść.

Ulica w Famaguście

W restauracji pan Koszmarny doznaje przyjemnego zaskoczenia, ale bynajmniej nie z powodu jakości zaserwowanego mu posiłku (która to jakość była zresztą znośna), lecz stosunkowo niewysokiej ceny rachunku. No cóż, to duża zaleta Cypru Północnego: jest tu zdecydowanie taniej, niż na południu.

Potem spacerujemy jeszcze po mieście i, pan Koszmarny przyzna wam szczerze, jest to spacer niezwykle przyjemny, gdyż, co tu kryć, przyjemna jest również sama Famagusta. Zamiast zatrzęsienia turystów, mamy zatrzęsienie ciekawej architektury połączone z niezwykłą atmosferą. Palce lizać!

Famagusta, Cypr Północny Famagusta, Cypr Północny Famagusta - knajpa

Warosia – miasto widmo

Na koniec wsiadamy do auta, by zobaczyć jeszcze jedną atrakcję Famagusty, czyli opuszczoną dzielnicę o nazwie Warosia (czy też Varosha albo Maras). Jedziemy wzdłuż morza na południe i po jakichś trzech minutach docieramy na miejsce.

Warosia, Famagusta, Cypr Północny

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Warosia była cypryjskim centrum turystycznym. To tu mieściły się luksusowe hotele, drogie butiki i wypasione plaże. To tu przyjeżdżała Liz Taylor, gdy chciała powygrzewać się na słońcu, to tu Neil Armstrong dochodził do siebie po wyczerpującej wycieczce na księżyc, to tu najprawdopodobniej ukrył się Elvis po swojej rzekomej śmierci.

Tak właśnie było, ale się skończyło, oto bowiem nastał rok 1974 i na Cypr najechała armia turecka. Warosia opustoszała w jednej chwili i tak sobie teraz tkwi, w tym swoim opustoszeniu do teraz.

Opuszczona plaża w Warosi

Nikt tu nie mieszka, dzielnicą rządzą duchy. To znaczy nie tylko duchy, bo są jeszcze żołnierze, którzy sterczą i pilnują, aby nikt się do środka nie zapuszczał. Wieść gminna niesie, że mają rozkaz strzelać do intruzów – pan Koszmarny nie sprawdzał na własnej skórze czy to prawda, i z oczywistych przyczyn ograniczył się wraz z panią Żon do oglądania tego wyjątkowego miejsca z bezpiecznego dystansu. Czyli z ulicy, bo z ulicy można.

Niebezpieczny gwizdek szalonego żołnierza

Teren Warosi ogrodzony jest siatką, na której powieszono ostrzeżenia, że oprócz wstępu zabronione jest również robienie zdjęć. Jak widać na załączonych obrazkach, moja pani Żon jest urodzoną anarchistką i za nic sobie ma tego typu zakazy.

Warosia - opuszczona dzielnica

Niestety, po zrobieniu tej oto fotografii, co powyżej, okazało się, że pani Żon zapomniała tego dnia nałożyć swą czapkę niewidkę i jej karygodna działalność została zauważona. Jeden z żołnierzy zagwizdał, a następnie wycelował swoim palcem w nasz samochód. Niepokojące było to jego celowanie, gdyż kryło w sobie niemą groźbę, że na miejscu palca może się zaraz znaleźć karabin.

– O kurwa – powiedziała pani Żon.

Zdawałem sobie sprawę, że mam ułamek sekundy na decyzję, więc zrobiłem jedyną rzecz, jaką w mojej sytuacji mógłby zrobić odpowiedzialny mężczyzna: wcisnąłem gaz do dechy.

Ucieczka z miasta

Pech sprawił, że od razu wjechałem na próg zwalniający – a jak już wcześniej wspominałem, są te progi po tureckiej stronie dosyć wysokie – i mocno zahaczyłem o niego podwoziem naszego wynajętego auta. Sam nie wiem, czy to przez ten próg, czy moje zdenerwowanie, ale jakoś tak się stało, że samochód zgasł. Nerwowo poruszyłem kluczykiem, jakieś tam kontrolki dziwne mi na panelu mignęły, lecz nic to, pomyślałem sobie: co tam kontrolki, co tam samochód, skoro gra toczy się o nasze życie lub co najmniej aparat. Jeszcze raz przekręciłem kluczyk w stacyjce i wóz wreszcie odpalił.

Wtedy ponownie zagwizdał żołnierz. Nawet krzyknął w naszą stronę kilka słów, ale to już nie mogło zmienić mojego planu. Jechałem przed siebie ile fabryka dała i nie zważałem na nic. To tylko kilka kilometrów do granicy, myślałem sobie, mamy pół baku oraz przyciemniane okulary, damy radę.

Na liczniku miałem prawie setkę, gdy zerknąłem w tylne lusterko. Trochę się obawiałem, czy aby gwiżdżący żołnierz nie ma zamiaru otworzyć do nas ognia, ale okazało się, że jednak nie miał. Z jego twarzy udało mi się wyczytać, że jedyne, co miał, to kompletnego zwisa na moją brawurową ucieczkę.

Famagusta - ulica

Podsumowując: choć na zdjęciach za bardzo tego nie widać (a dlaczego nie widać, to możecie doczytać w tym miejscu), to Famagusta jest miejscem zdecydowanie wartym obejrzenia. Moim zdaniem obowiązkowy punkt podczas wizyty na Cyprze.

Pan Koszmarny daje znak jakości i poleca!

Famagusta:

Miodność: 5/6

Zadeptanie – 3/6

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.