Miasto spodobało mi się od razu, już pierwszego dnia, gdy niedługo po przekroczeniu granicy nasz koszmar-bil stanął tam po raz pierwszy w korku. To może być fajne miejsce, powiedziałem do pani Żon, na co ta – poprawiając swą niezwykle zadbaną, a jednak zawsze poprawy wymagającą, fryzurę – rzekła: a i owszem. Jutro tu przyjedziemy, bo to Kotor, ty gamoniu nieuczony.

Skoro czytacie tę relację, to oznacza tylko jedno: słowa pani Żon stały się ciałem i najpiękniejsze miasto Czarnogóry zostało przez nas nawiedzone.

Rys geograficzno-turystyczny

Kotor położony jest nad malowniczą Zatoką Kotorską, która przypomina do złudzenia fiord, choć bynajmniej fiordem nie jest, gdyż jest riasem. Jeżeli kogoś interesuje czym się różni fiord od riasu, to mogę tylko powiedzieć „pomidor” i odesłać do najbliższego oddziału Wikipedii.

Miasto otoczone jest trzema masywami górskimi, przez co w przeszłości mogło uchodzić za trudno dostępne. Teraz sytuacja uległa radykalnej zmianie i Kotor jest regularnie najeżdżany przez dzikie hordy turystów, którzy codziennie docierają tu na pokładach monstrualnych promów oraz nacierających ze wszystkich stron autokarów. Regularny desant spadochronowy jest, jak sądzę, zaledwie kwestią czasu.

Ponieważ pan Koszmarny jeszcze nie ma swojego promu, postanowił zdobyć miasto tradycyjnie. Czyli asfaltem. Dojazd od strony Budvy jest możliwy dzięki wydrążonemu w skale tunelowi, choć wcale nie jest prosty ani przyjemny. Wszystko przez kosmiczne korki, jakie panują właściwie na całym czarnogórskim wybrzeżu.

Parkowanie

Z parkingiem jest w Kotorze, jak zresztą z całym ruchem samochodowym w Montenegro, dosyć słabo. Nam akurat trochę się poszczęściło, bo udało się wbić na parking tuż przy porcie (to był naprawdę fart) – generalnie widziałem, że jest nieco miejsca na trasie wjazdowej od strony Perastu i tam bym polecał próbować.

Co zobaczyć w Kotorze?

Plan był taki, że najsampierw i z samego rana wbijamy się na kotorskie mury, by z góry podziwiać widoki, a potem schodzimy do miasta i tam, już bardziej szczegółowo, podziwiamy wszystko z dołu. Taki a nie inny rozkład dnia wynikał z obaw, które można określić mianem meteorologicznych. Otóż obawy, które określić można mianem meteorologicznych, sprowadzały się do tego, że nasza podróż wypadła akurat w środku lata, a w środku lata jest w Czarnogórze dosyć gorąco. A jak jest gorąco, to mnie się jakby tak nie do końca chce wspinać po jakichś murach szczególnie z przylepionym w nosidełku dzieciokiem.

Niestety nasz plan, choć niespecjalnie ambitny, nie wypalił. Przyczyn niepowodzenia możemy z jednej strony upatrywać w sobie, gdyż zamiast z samego rana, wyjechaliśmy dopiero po dziesiątej (na usprawiedliwienie dodam, że to przez nagłą i niespodziewaną kupę, którą dzieciok młodszy uraczył nas tuż przed wyjściem), a z drugiej w tym, że przez gigantyczne czarnogórskie korki zamiast dwóch kwadransów jechaliśmy ponad półtorej godziny.

Dlatego też w Kotorze wylądowaliśmy dopiero południe. A niebo, proszę sobie wyobrazić, było tego dnia bezchmurne…

Mury miejskie i oszałamiająca Zatoka Kotorska

Znalezienie wejścia na mur jest chyba dosyć proste, bo nam ta trudna sztuka powiodła się błyskawicznie. Wstęp jest płatny i w roku 2017 kosztował trzy euro.

Czy warto sięgnąć do portfela? Moim zdaniem tak. Z murów roztaczają się bowiem przecudnej urody widoki na Zatokę Kotorską, które po prostu trzeba zobaczyć. Kilka fotek na zaostrzenie apetytów:

Widok na Kotor z murów miejskich Mury miasta KotorBoka Kotorska

Samo wejście nie jest jakieś strasznie wymagające i spokojnie da się je ogarnąć przez każdą średnio wysportowaną osobę, o ile oczywiście ma na nogach nieco wygodniejsze obuwie niż basenowe klapki. W chwilach wyjątkowego zasapania można zawsze przystanąć i udawać, że podziwia się panoramę, tudzież strzela fotusię (zasady udawania podobne, jak w przypadku schodów prowadzących do Groty Neptuna).

Warto pamiętać, że nazwa miasta Kotor pochodzi od starogreckiego słowa katareo, które oznacza „gorąco”. Dlatego też proponuję zaplanować wejście jak najwcześniej rano i wziąć ze sobą wodę. Tę ostatnią można wprawdzie kupić na trasie, ale cena  będzie wtedy sporo wyższa.

Czy polecam kotorskie mury?

Oczywiście! Wbijajcie koniecznie! To absolutny must-see, bo raz, że piękno się stamtąd roztacza, a dwa, że ruch to zdrowie.

Aktualizacja 2018: Niestety lokalne władze doszły do wniosku, że jednak trochę za mało zdzierają i podniosły opłatę za wstęp. Teraz wynosi ona (bagatela) osiem euro. Jeżeli ktoś dysponuje większą ilością czasu, to może poszukać darmowej alternatywy i wejść na górę dziką ścieżką (pan Koszmarny nie wie jak ją znaleźć, ale daje słowo zucha, że ogarnie temat podczas swojej kolejnej wizyty w Czarnogórze).

Stare miasto w Kotorze

Widoki z murów to jednak nie wszystko, co Kotor ma nam do zaoferowania. Po zażyciu kapki zbawiennego fizycznego wysiłku, warto poświęcić chwilę na zwiedzenie starówki. Ta jest bowiem wyjątkowej urody:

Ulica w KotorzeArchitektura Kotoru Stare miasto, Kotor, Czarnogóra

No dobra, może jest trochę mniej zjawiskowa niż Dubrownik i do tego strasznie dużo turystów, ale i tak warto się po niej przejść, bo ma w sobie to coś. Kręte wąskie uliczki, nieregularne placyki, renesansowa wenecka zabudowa – to przynajmniej trzy powody, dla których warto odwiedzić stare miasto. Nie jest ono zresztą specjalnie rozległe i spacerowym tempem można da się je spokojnie obejść w jakąś godzinę. Wiem, bo sprawdzałem własnoocznie na wieży katedry św. Tryfona:

Katedra św. Tryfona, Koror, Czarnogóra

Katedra św. Tryfona

Żeby nie strzępić klawiatury: Kotor zdecydowanie jest miejscem wartym odwiedzenia.

My spędziliśmy tam tylko jeden dzień, ale chętnie zostałbym na dłużej, by pochodzić sobie wieczorami po mieście, napić się wina w którejś z urokliwych knajpek, upoić otaczającym z każdej strony pięknem.

Integracja z mieszkańcami

Czasem kotorskie piękno przyjmuje formy dosyć nieoczywiste, jak na przykład widoczna na poniższym zdjęciu lalka o wymiarach dorosłego tyranozaura:

Gigantyczna lalka, Kotor

Widok owej lalki zafascynował dziecioka do tego stopnia, że aż musieliśmy podejść bliżej. W tym celu ponownie wbiliśmy na mury, tym razem od strony zatoki. A skoro już na te mury wbiliśmy, to postanowiliśmy chwilę przejść się nimi wzdłuż wybrzeża.

Więc idziemy, aż tu nagle napotykamy niewielki domek. Obok domku krzaczki, obok krzaczków drzewko, na drzewku gałąź, na gałęzi tabliczka, a na tabliczce napis PRIVAT. Pomiędzy domkiem a krzaczkami, dokładnie pod gałęzią z tabliczką, była natomiast dróżka. I pani Żon, wraz z dzieciokiem, zaraz na tą dróżkę wbiła, zupełnie nie zważając na tabliczkę z napisem PRIVAT, co zresztą wpisuje się w ogólny trend, wskazujący iż moja pani Żon ma do słowa pisanego stosunek cokolwiek swobodny.

– To chyba teren prywatny – mówię tedy do niej – nie idźcie tą drogą.

Pani Żon już się miała odwrócić, zapewne by zapytać o co mi znowu chodzi, ale nie zdążyła. Oto bowiem okno domku się otworzyło i z tego okna wystawać zaczęła głowa, należąca do pewnej pani, którą to panią ząb czasu mocno już zdążył do chwili naszej wizyty w Kotorze nadgryźć. I ta oto nadgryziona zębem czasu pani zaczęła do nas mówić coś w swoim języku, z której to wypowiedzi nie zrozumiałem nic. Ale że ja, pan Koszmarny, jestem człowiekiem światowym, to oczywiście się tak łatwo nie poddałem i zamiast słuchać tego, co do mnie starsza pani mówi, zacząłem obserwować jej mowę ciała. Ta natomiast sprowadzała się do wystającej z okna ręki, która to ręka machała do nas, jakby przywołując, jakby przekazując oczywisty komunikat, że nic ten napis PRIVAT, że w ogóle nie ma się co przejmować, że chodźcie i sobie przejdźcie na dalszą część muru.

Więc ja, pan Koszmarny, zrobiłem krok do przodu, by upewnić się, że nadgryziona zębem czasu pani rzeczywiście chce mi powiedzieć to, co z jej mowy ciała wyczytałem. I gdy tylko ten krok do przodu zrobiłem, to zaraz zniknęła z okna głowa, potem ręka, a na końcu samo okno się zamknęło. Jako człowiek światowy odczytałem ten gest jednoznacznie: starsza pani powiedziała nam, że możemy iść, upewniła się, że zrozumieliśmy i teraz po prostu wróciła do swoich niecierpiących zwłoki codziennych zajęć. W związku z tym zrobiłem drugi krok do przodu i już się zbierałem, by wykonać trudny manewr zwany potocznie krokiem trzecim, aż nagle otworzyły się drzwi.

Te drzwi, które się otworzyły, były oczywiście drzwiami domku, z którego to właśnie wybiegła nadgryziona zębem czasu pani. Jej głowa wyglądała niemal identycznie jak w oknie, ale za to jej ręka… o nie, jej ręka, tak nas wcześniej przywołująca, tak serdeczna, teraz wyglądała zdecydowanie inaczej. Otóż bowiem dzierżyła ona potężny kij, którym to kijem starsza pani zaczęła wymachiwać, krzycząc przy tym wniebogłosy:

– ESO PRIVAT!

Ponieważ ja, pan Koszmarny, jestem człowiekiem światowym, odczytałem to zachowanie jako jednoznaczny znak, by czym prędzej się ulotnić. Co zresztą rychło uczyniłem.

Zabudowa miasta, Kotor, Czarnogóra

Kotor z dziećmi

Oglądanie lalki o rozmiarach tyranozaura nieco rozochociło dziecioka, bo ten, gdy tylko udało nam się uciec spod kija wściekłej staruszki, zarzucił takim dictum:

– Ciągle tylko chodzimy i chodzimy, zróbmy w końcu coś fajnego.

No chętnie, pomyślałem wtedy, nawet bardzo chętnie zrobiłbym coś fajnego. Tylko kto się tobą dziecioku zaopiekuje, gdy tatuś ruszy w tango? Spojrzałem na panią Żon, żeby jej telepatycznie przekazać mądrość tego, co mi po głowie chodzi, na co pani Żon odparła (w sposób tradycyjny, a nie telepatycznie), że:

– Dobra, chodźcie za mną.

Oniemiałem! Czyżbyśmy mieli wreszcie przekroczyć ten cholerny Rubikon i pójść z dzieciakami do jakiegoś fajnego baru? Na jakieś równie fajne piwko (jedno czy tam siedem)? Pełen najlepszych przeczuć, z dużą ufnością co do pomysłu pani Żon, ruszyłem w te pędy za nią.

Przeszliśmy kawałek za mur, aż zobaczyliśmy śmiesznie wyglądającą budkę, którą błyskawicznie (pamiętajcie, że pan Koszmarny to człowiek światowy) zidentyfikowałem jako informację turystyczną. Pani Żon do tej budki podeszła i zadała pytanie, które ma szansę zapisać się w annałach, jako jedno z dziwniejszych w historii. Brzmiało ono następująco:

– Gdzie jest najbliższy plac zabaw?

Turyści w Kotorze Kotor, CzarnogóraPromy wpływające do Kotoru

Okazało się, że całkiem niedaleko.

Howgh!

Kotor

Miodność – 6/6
Zadeptanie – 5/6

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.