Napędzeni całkiem przyjemną wizytą w Kotorze, postanowiliśmy, że jeszcze za mało nam uroków tamtejszej zatoki i kolejnego dnia nasz koszmar-bil zawędrował do znajdującego się nieopodal miasteczka Perast. Główną atrakcją tego miejsca, oczywiście oprócz genialnego położenia, są dwie wyspy, z których jedna jest normalna, a druga sztuczna.

Gdzie zaparkować w Perast

Perast to mała mieścina, po której zasadniczo nie wolno jeździć samochodem. Jeżeli więc podjechaliście tam akurat autem, to musicie je zostawić na jednym z dwóch parkingów, które umiejscowione są przy drodze dojazdowej (jeden tuż przed Perastem, drugi tuż za). Ja oczywiście o tym wiedziałem, ale rzecz jasna nie zauważyłem parkingu przed, dlatego zatrzymałem samochód tuż za miasteczkiem.

Perast w Czarnogórze

Wjeżdżam więc sobie powoli, a tam naraz wyskakuje mnie przed maskę jakiś chłystek z założoną na bakier czapeczką z daszkiem i zaraz mi tu jakieś znaki daje, że w lewo, że w prawo, aż wreszcie prowadzi mnie na wolne miejsce parkingowe. No kurde balans, myślę sobie, znów będzie chciał kasę. Wysiadam więc z wozu, wzrok kieruję w inną stronę, a ten mi zaraz bezczelnie wypala, że wcale nie chce kasy, bo parking jest darmowy. I niby mimochodem wspomina, że na ma imię jakoś-tam, powiedzmy, że Toni. Więc ja mu na to, że najs tu mit ju Toni, po czym zaczynam robić to, co w kontaktach międzyludzkich wychodzi mi najlepiej: zaczynam ostentacyjnie ignorować swojego rozmówcę.

Naganiacz o imieniu Toni

Wtedy Toni, o dziwo kompletnie niezrażony, mówi, że ma łódkę. Czadowo, myślę sobie, ale nie mówię nic, bo przecież ignoruję. Toni jednak, wciąż niezrażony, dodaje, że on nie tylko łódkę ma, ale też może nas tą łódką podrzucić na sztuczną wyspę, która to wyspa stanowi główną atrakcję Perastu, gdyż jest jest na wypasie. A że, kontynuuje Toni, powiedział już przecież, że nie chce od nas pieniędzy, to weźmie za tą całą podwózkę (czy tam raczej podpływkę, bo przecież łódką) zaledwie pięć eurasków.

Perast i łódka

To nie jest łódka Toniego. To jest przypadkowa łódka.

Ignoruję Toniego dalej, więc ten mi wyłuszcza, że to super sprawa, ta jego łódka i powinniśmy się szybko decydować, bo:

– Luk et diz – mówi nagle wskazując palcem na nadjeżdżający właśnie drogą autokar – tam, proszę ja ciebie, jadą turyści z Niemiec. I zaraz te wszystkie Niemce wysiądą i zajmą wszelkie łódki, co to są na stanie mieszkańców Perastu, a jak zajmą, to już nie dopłyniecie na wyspę, co to przecież główną atrakcją.

Więc ja mu na to nic, bo dalej ignoruję. Ale nawet ignorując, zerkam kątem oka na ten autokar, co pędzi w naszą stronę, a po chwili już nawet nie zerkam, tylko normalnie patrzę, jak jedzie, jak zbliża się coraz bardziej, i bardziej, i bardziej, aż wreszcie, zamiast się zatrzymać, jedzie dalej w przysłowiowej dupie zapewne mając ten cały Perast i łódkę chłystka, który mnie nagabuje.

Jednostronna rozmowa o meczu

Wtedy Toni poprawia czapeczkę, żeby była jeszcze bardziej na bakier i, zakłopotany trochę, że mu tak argumenty bezczelnie odjechały, chwyta się ostatniej deski ratunku: patrzy na tablicę rejestracyjną mojego samochodu. I jak go wtedy nie olśni, jak się jego oblicze nie rozjaśni, gdy mówi:

– Poland!

No Poland, kurde balans, myślę sobie. Kraj nie za bogaty, więc spadaj koleś. Chłystek jednak miał inne plany, powiedział bowiem:

– Lewandowski!

Perast, kościół św. Mikołaja

Kościół św. Mikołaja. Bez Mikołaja, ale za to z zegarem.

Chciałem powiedzieć, że nie Lewandowski, tylko Koszmarny jestem, ale ostatecznie uznałem, iż lepiej dalej ignorować.

Na to chłystek Toni dodaje, że był na meczu w Podgoricy, kiedy to nasi (nasi w sensie nasi, czyli że Poland) dumni chłopcy ograli ich, Czarnogórców. A potem jeszcze, że Lewandowski to naprawdę gut plejer. Powiem wam szczerze, że ja, pan Koszmarny, naprawdę trochę Europy przejechałem i naprawdę mnie nie wzrusza, jak ktoś mówi, że Lewandowski to gut plejer. Okazało się jednak, że chłystka trochę nie doceniłem, bo jego wiedza o łechtaniu polskiego ego bynajmniej na Lewandowskim się nie kończyła:

– Poland gut tim – powiedział – not onli Lewandowski. Czesny wery gut. Piczek. Szyszowiak.

No cóż, szczerze przyznam, że mi zaimponował. Nie tylko tym, że zna z polskiej kadry kogoś poza Lewandowskim. Zaimponował mi swoją ambicją. Bo próbować wypowiedzieć wszystkie najtrudniejsze nazwiska polskich piłkarzy, to naprawdę nie byle co. Doszedłem więc do wniosku, że jeżeli tylko wspomni o Błaszczykowskim to normalnie wyciągnę z portfela te pięć eurasów i wsiądę na tę jego łódkę.

Toni jednak wymiękł i o Błaszczykowskim nie wspomniał. Cóż, pomyślałem, jego strata. Zawołałem więc Panią Żon, która to wcześniej oddaliła się z dziećmi na bezpieczną odległość (niby pod pretekstem, że gówno ją piłka nożna interesuje, ale tak naprawdę dlatego, że starannie unika sytuacji w których trzeba komuś zapłacić) i poszliśmy w kierunku miasteczka.

– Dont goł – krzyknął za nami Toni – Perast to mała mieścina, w dziesięć minut je przejdziecie, a tam, o tam, patrzcie, kolejny autokar jedzie z Niemcami! Ostatnia wasza szansa na łódkę!

My już go jednak nie słuchaliśmy i poszliśmy w mrok. To znaczy, nie tyle w mrok, co w blask, bo dzień był tego dnia (tak, dzień i dnia – zauważyłem niezręczność wypowiedzi) wyjątkowo słoneczny.

Co zobaczyć w Perast?

Okazało się, że chłystek Toni miał – przynajmniej połowicznie – rację. Otóż bowiem Perast jest na tyle mały, że da się go przejść w dziesięć minut. Nie miał jednak racji (przy czym „nie miał racji” to bardzo kruchy eufemizm tego, że ordynarnie kłamał) z tym, iż straciliśmy okazję na łódkę, bowiem jeżeli czegokolwiek w Peraście nigdy nie zabraknie, to obsługiwanych przez autochtonów łódek, którymi można dopłynąć na będącą główną atrakcją miasteczka sztuczną wyspę. Właściwie, to, spacerując nadmorską promenadą, można odnieść wrażenie, że w Perast nie ma innych posad, niż bycie operatorem łódki. Te są bowiem co dwa kroki.

A wiecie, co jest najzabawniejsze?

Że transport każdą z nich kosztuje pieć euro!

Perast - kraina łódek
Boka Kotoska, Czarnogóra

Sztuczna wyspa

Ok, skoro już wiadomo, co najśmieszniejsze, możemy skupić się na tym, co najistotniejsze. A najistotniejsze w Perast są rzecz jasna dwie wyspy. Jedna jest prawdziwa i wygląda niezwykle malowniczo, ale na nią akurat dopłynąć się nie da.

Wyspa świętego Jerzego, Perast

Prawdziwa wyspa św. Jerzego.

Wyspa sztuczna już tak malownicza nie jest i przypomina raczej platformę wiertniczą. Jest więc w tym jakiś ukryty sens, że to na nią kieruje się turystów: znajdując się bowiem na wyspie, która wygląda przeciętnie, możemy napawać się pięknem otoczenia, nie widząc przy tym samej przeciętnie wyglądającej wyspy.

Jedyna sztuczna wyspa na Morzu Adriatyckim

Sztuczna wyspa Matki Boskiej na Skale.

Zapytacie pewnie, cóż tam, na tej wyspie, można robić, gdy się już na nią dotrze. Otóż, poza obserwowaniem uroków Boki Kotorskiej, do roboty tam zbyt wiele nie ma. Można rzecz jasna sobie stanąć na brzegu i napawać się delikatną morską bryzą. Można również kupić sobie lody w okolicznym sklepiku (jest jeden i długa czeka do niego kolejka). Ostatecznie można, uiściwszy drobną opłatę w wysokości mniej więcej jednego euro, wstąpić do znajdującego się na wyspie kościółka.

Kościół na sztucznej wyspie

Jako że pan Koszmarny niespecjalnie lubi wstępować do kościółków, a już w ogóle nie uśmiecha mu się za takowe wstępowania płacić, zdecydowaliśmy się na rozwiązanie pośrednie: otóż do kościółka wstąpiliśmy, ale za wstęp nie uiściliśmy stosownej opłaty. Wyszło to, żeby nie było, przypadkiem! Otóż po drugiej stronie kościółka, czy, jak kto woli, od jego dupy strony, znajdował się niewielki sklepik z pamiątkami, do którego zaciągnął nas, znudzony oczekiwaniem na powrót łódki, dzieciok. Tam, w tym sklepiku, dzieciok zaciągnął nas na schody w dół, po których to schodach zupełnym przypadkiem (żeby nie było!) zeszliśmy i jak tylko zeszliśmy, to okazało się, że – chcąc nie chcąc – jesteśmy już w środku kościółka.

Oczywiście nie zabawiliśmy tam zbyt długo, gdyż w ślad za nami zbiegł po schodach sprzedawca ze sklepiku z informacją, że, no kurde, tak nie wolno, że wejście do kościółka to z drugiej strony, że zapłacić trzeba i że co z nas w ogóle za nieogary. My na to, że sorry, sorry i czym prędzej się zaczęliśmy się wycofywać, ale zanim powiodła nam się ta trudna sztuka, pan Koszmarny objął jeszcze (wyłącznie po to, by zdobyć info na bloga – żeby nie było!) swym wnikliwym spojrzeniem rzeczony kościółek i ma w związku z tym jedną refleksję: nic tam nie ma, nie warto tracić jednego eurasa.

Czy warto odwiedzić Perast?

Ależ oczywiście! Nie jest to może miejsce, które trzeba zobaczyć koniecznie, ale niezwykły urok tego miasteczka sprawia, że czas poświęcony na jego zwiedzenie na pewno nie będzie straconym.

Czarnogóra, wakacje pod palmąBoka Kotorska, Czarnogóra

Perast, straż pożarna

 

Perast

Miodność – 5/6
Zadeptanie – 3/6

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.