Po kilku, powiedzmy że wspaniałych, dniach spędzonych w Czarnogórze, postanowiliśmy nawiedzić Bośnię i Hercegowinę. Naszym pierwszym przystankiem miał być Pocitelj i tak też rzeczywiście było, ale, jak to się mówi, nie uprzedzajmy faktów. Zapraszam do lektury.

Jezioro Bilecko

Z samego rana, czyli tuż przed południem, wymieniliśmy buziaki (no, może nie do końca buziaki, ale na pewno solenne uściski dłoni) z właścicielami naszej dotychczasowej kwatery i, porzucając ich wykute w skale gniazdko w Buljaricy, ruszyliśmy dalej, to znaczy na północ, na Bośnię, na Hercegowinę.

Pamiętając, że przekraczanie granicy w Herceg-Novi jest dobre wyłącznie dla masochistów, postanowiliśmy pojechać zupełnie inną trasą. Ta inna trasa była nam zresztą – patrzcie, jaki piękny zbieg okoliczności – bardziej po drodze. No to jedziemy. Spokojnie, powoli, bez szaleństw, aż docieramy do przedmieść Budvy.

Tam oczywiście korek i pół godziny stania.

Nic to, pomyślał sobie pan Koszmarny, bo tyle się już przez ostatni tydzień w tych korkach nastał, że obojętność jakoś sama przyszła i zadomowiła się w jego umęczonej duszy. Stoimy te pół godziny, aż wreszcie udaje się przedrzeć i możemy jechać dalej. Więc jedziemy: spokojnie, powoli, bez szaleństw…

A tam Kotor i kolejne dwadzieścia minut stania.

Nic to, pomyślał pan Koszmarny, po czym umilać sobie zaczął czas wymyślaniem krótkich wierszyków, z których każdy zaczynał się mniej więcej w taki oto sposób: kurwa, kurwa, kurwa. Czas, tak pięknie umilony, zleciał błyskawicznie.

Minęliśmy Kotor i odbiliśmy w prawo, za azymut przyjmując góry. Pomijając krótki postój, zaaranżowany przez panią Żon, która ostatni raz chciała zarzucić okiem, czy tam nawet obiektywem, na piękno Boki Kotorskiej, kolejne kilometry pokonywaliśmy całkiem sprawnie, bo w przeciwieństwie do dróg nadmorskich, ruch w górach jest praktycznie zerowy. Więc jedziemy, jedziemy, aż nagle skończyła się droga. To znaczy, nie do końca się skończyła, ale zamiast asfaltu był żwirek. Potem, zamiast żwirku był muchomorek piasek.

A dalej to już tylko granica, chociaż nie, bo jeszcze tuż przed samą granicą piękny bjutiful widok się rozpościerał na piękne-bjutiful Jezioro Bilecko:

Jezioro Bilecko
Jezioro Bilecko – piękno, elegancja oraz wilgoć.

Bośnia i Hercegowina – pierwszy niuch

Przejście w Deleusa nie jest duże, właściwie to dwie budki odsługiwane przez trzech celników na krzyż. Na szczęście granica w tym miejscu nie jest szczególnie oblegana ani przez turystów, ani przez lokalsów, więc udało nam się ją przekroczyć niemalże z marszu i tym oto sposobem wylądowaliśmy w Bośnio-Hercegowinie.

Ok, teraz uwaga natury ogólnej. Bośnia i Hercegowina nie kojarzyła mi się do tej pory z niczym poza wojną. No i że muzułmanie tam są. I że wojna. I że też trochę chyba bieda. No i wojna. Pierwsze wrażenie tuż po przekroczeniu granicy, trochę te moje wcześniejsze skojarzenia potwierdzały, gdyż na początku zobaczyłem to:

Bośnia i Hercegowina - krowy na granicy
Zdjęcie krów, które pan Koszmarny zobaczył zaraz po przekroczeniu granicy. To znaczy chyba, bo nie jest pewien, czy aby nie było to jeszcze po stronie czarnogórskiej, lecz na potrzeby wpisu prosi aby uznać, że to jednak był już BiH.

Jechaliśmy dalej, ruch był niewielki. Od czasu do czasu mijaliśmy jakieś wsie, których widok nie działał bynajmniej budująco. Ot, na przykład jedna z nich, taka malutka wioska, powiedzmy piętnaście domów. I z tych piętnastu domów, proszę sobie wyobrazić, pięć jest bez dachów. Drugie pięć bez przynajmniej jednej ściany. Trzy z powybijanymi oknami i śladami po kulach na szarym otynkowaniu. A dwa zamieszkane, jak gdyby nigdy nic i elegancko odnowione. Choć więc konflikt skończył się ponad dwadzieścia lat temu, to ślady wojny ciągle są widoczne. I straszą. I zmuszają do w gruncie rzeczy oczywistej refleksji, że wojna to jednak nie jest nic fajnego, że wojna to największy dół w jaki może wpaść społeczeństwo. A ta refleksja, choć niby oczywista, to jednak powinna od czasu do czasu nas nawiedzać.

Bośnia i Hercegowina - zniszczenia
Bośnia i Hercegowina, obrazek przydrożny.

Pocitelj

Nasz pierwszy postój przypadł na Pocitelj, czyli niewielkie miasteczko położone malowniczo nad brzegiem załamującej się i niezmiennie turkusowej rzeki Naretwy. Jest to miasteczko o tyleż fajne, co, o dziwo, mało fotogeniczne, bo na zdjęciach zdecydowanie nie wypada tak dobrze, jak w rzeczywistości. Oczywiście ktoś złośliwy mógłby teraz zarzucić, że na zdjęciach pana Koszmarnego nic nie wygląda tak dobrze jak w rzeczywistości, ale ja temu komuś mógłbym tylko powiedzieć, aby poczytał o moim podejściu do fotografowania.

Pocitelj, Bośnia i Hercegowina
Piękny Pocitelj, którego to piękna pan Koszmarny nie potrafi udokumentować zdjęciem.

Zostawiamy samochód przy głównej drodze, na dużym parkingu, który o godzinie siedemnastej świecił już – albo jeszcze, zależy z której strony spojrzeć – pustkami. Cóż za miła odmiana po tłumach na czarnogórskim wybrzeżu! Pan Koszmarny wyładowuje dziecioki, małego zarzuca sobie na nosidełko, bo mu światły umysł podpowiedział, że skoro Pocitelj położony jest na wzgórzu, to czekać nas będzie trochę chodzenia pod górę. I, jak zawsze, światły umysł  pana Koszmarnego miał rację, gdyż było zarówno chodzenie pod górę, jak i było go trochę.

Pocitelj, ulica
Pocitelj – reprezentatywny fragment miejskiej zabudowy

Co warto zobaczyć w Pocitelj?

Zaczynamy od niespiesznego spaceru. Po drodze mijamy nielicznych turystów oraz rozstawione tu i ówdzie prowizoryczne kramy z lokalnym badziewiem. Atmosfera miasteczka jest co najmniej senna.

Wieża

Wieża w Pocitelj
Wieża w Pocitelj

Podczas przechadzki dostrzegam swym wprawnym okiem znak ze strzałką, który to znak informuje, że podążając w kierunku wskazanym przez strzałkę, dotrzeć można do tak zwanego Tower. No to idziemy do tego tak zwanego Tower, bo przecież wieża to zawsze jest coś, co miło sobie obejrzeć, bo raz, że wysoko, a dwa, że widok (co się w zasadzie z tym raz, że wysoko łączy, ale nie mam dziś melodii na zmianę szyku zdania). Żeby dostać się na wieżę, trzeba podejść pod górę, więc podchodzimy. Po drodze mijamy turystów w ilości niewielkiej, którzy to turyści świadczą o tym, że ktoś do Pocitelj przyjeżdża.

Wreszcie docieramy do wieży i, no cóż, jakby to powiedzieć, nie jest ta wieża konstrukcją, o którą ktokolwiek by przesadnie dbał. Ze środka wali ekskrementami, ciemno jakoś (jak w to wieży, panie Koszmarny – powiedziała lady Żon), schody krzywe i niezachęcające. Nie idę – powiedział pan Koszmarny, czyli ja. Nie idę, gdyż mam ja przyczepioną w nosidełku córkę o imieniu dzieciok młodszy i niechybnie, choć mam już w schodach niemałe doświadczenie, się wywalę i orła wywinę.

Wtedy pani Żon, ze wzrokiem mówiącym „co z ciebie za mężczyzna, że nie chcesz narażać życia dziecka dla tysięcznego już podczas tych wakacji widoku”, wbija się do wieży sama. I jak szybko się wbija, tak szybko też się wybija i wychodzi, i zatykając nos mówi, że rzeczywiście smród.

Tym oto sposobem na wieżę, nie weszliśmy. Ale z zewnątrz też było nieźle:

Pocitelj, Bośnia i Hercegowina
Pocitelj – panorama miasta.

Forteca

Schodzimy więc na dół, a tam znów me wprawne oko zapuściłem w ruch i znów zauważyłem kolejny znak ze strzałką. Tym razem strzałka ta prowadziła do fortecy. Idziemy więc, mówię, po czym idę, a że ma się tę charyzmę, to reszta rodziny za mną.

Forteca z daleka wyglądała jak więzienie (ktoś spacerował po murach z kijem w ręku, co z dołu wyglądało, jakby miał karabin), ale z bliska jednak nie. Nie więzienie, zwykła forteca. To znaczy nie taka zwykła, bo zwykła była wieża, co to w gównie, forteca natomiast wstępnie już wyszykowana: schodki ze szkła, podeściki, bariereczki, elegancja-francja.

Wszystko wyglądało na to, że tubylcy przygotowują się na zbieranie opłat za wstęp i pewnie za rok lub dwa forteca będzie już biletowana. Ale na razie nie była, więc pan Koszmarny strzelił sobie za darmo kilka zdjęć, z których zamieszczam jedno:

Pocitelj, panorama miasta
Pocitelj – widok z fortecy.

Meczet

Wychodzimy z fortecy i schodzimy na dół. Wąskimi uliczkami mijamy urokliwe domki (w dużej części zamieszkane). Tym razem me wprawne oko nic już nie znalazło, więc zatrzymujemy się tylko przy meczecie. Do środka można wejść, bilet kosztuje grosze, ale my nie weszliśmy.

Mieliśmy ku temu dobry powód, gdyż ponieważ czas nas gonił, a chcieliśmy jeszcze

Istotniejszy jednak był powód drugi: otóż do meczetu nie weszliśmy, bo czas nas gonił, a chcieliśmy jeszcze tego dnia ogarnąć wodospady Kravica. Co też nam się udało, ale to już temat na kolejny wpis.

Darz bór!


Pocitelj, Bośnia i Hercegowina
Typowa uliczka w Pocitelj
Pocitelj

Miodność: 5/6
Zadeptanie: 1/6

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.