Bandziorno! Aby zacząć bez zbędnych wstępów, zaczynam zbędnym wstępem, w którym pragnę wszystkich poinformować, że zacznę bez zbędnych wstępów.

Samochodem do Włoch

Wyruszyliśmy jak zawsze spod domu, czy też – info dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie jest dom pana Koszmarnego – z centrum polski centralnej. Żona wujka Google, znana wszystkim ciocia Maps, podpowiadała trasę przez Czechy i Austrię, ale pan Koszmarny, choć prywatnie Czechów bardzo lubi i ceni, to jednak jeździć woli przez Niemcy. Sam nie wiem czemu, ale odnajduję jakąś niewypowiedzianą przyjemność w tym, że gnam na Berlin, że potem odbijam na Monachium, że po tej autostradzie zaiwaniam, że bez ograniczeń głupich prędkości i do tego bezpłatnie. Tak już, jako pan Koszmarny mam, taki już mój urok, więc postanowiliśmy, że przez Niemcy.

Wstępna kwerenda dotycząca naszej trasy, wskazywała na dwa możliwe odcinki zapalne: korki przy Monachium i korki na przełęczy Brenner. Jedno z for internetowych uraczyło nas taką informacją: „uważałbym na przełęcz Brenner, szczególnie w soboty, około południa może występować bardzo duże natężenie ruchu„. Pan Koszmarny zerknął w kalendarz i wyszło mu, że na przełęczy Brenner wylądujemy dokładnie w sobotę w południe, ale kompletnie się tym nie przejął. Uspokajająco podziałała zapowiedź korków pod Monachium – kilka razy już tamtędy jeździliśmy i jakiejś wielkiej rzeźni nigdy nie było. Więc luzik. Damy radę – pomyślał pan Koszmarny, choć wcale nie miał wtedy na imię Beata.

Przełęcz Brenner

Spod domu wyruszyliśmy około godziny dwudziestej. Puknęliśmy granicę, odbiliśmy przed Berlinem, minęliśmy Monachium. Tempo było dobre, gdyż bowiem dzieciok spał jak zabity, więc praktycznie bez postojów pruliśmy, ot czasem tylko na małe siku i by się z panią Żonem zmienić za kierownicą. Wjechaliśmy do Austrii, winietka-sretka, pędzimy dalej. Dochodziła godzina dwunasta w południe, w Krakowie uchyliło się okienko, z którego leci hejnał, a my dojechaliśmy do przełęczy Brenner.

Ba! Gdybyśmy dojechali.

Kilka kilometrów przed bramkami do poboru opłat stanęliśmy w gigantycznym korku. Na domiar złego właśnie obudził się dzieciok, z pretensjami, że głodny, że śpiący, że zmęczony, że siku, że kupa, że chce na plac zabaw. I tak zaczęły się najprawdopodobniej najgorsze trzy godziny naszego życia. Przełęcz Brenner. Psia jej mać.

Ponieważ jednak zasady rządzące światem są niezmienne, tak i teraz, nie było tego złego, co się jeszcze gorzej nie kończy. O godzinie szesnastej z minutami dojechaliśmy bowiem do celu.

Droga w Toskanii

To nie jest przełęcz Brenner. Pan Koszmarny nie ma zdjęcia przełęczy Brenner, ponieważ przełęcz Brenner nie jest tym, co pan Koszmarny lubi.

 

Viareggio

Viareggio to nadmorski kurort, takie ichnie Władysławowo czy inne Międzyzdroje. Jest tam nadmorski pasaż, są plaże i tłumy plażowiczów także. Samego miasteczka specjalnie nie zwiedzaliśmy, właściwie to mogę powiedzieć tylko tyle, ile widziałem zmęczonym po dwudziestogodzinnej podróży okiem przez boczną szybę: nie podobało mi się. Dlaczego? Bo to takie ichnie Władysławowo czy inne Międzyzdroje!

Pole namiotowe w Viareggio

Plan był taki, że nocować mieliśmy na kempingu i plan ten udało się nam zrealizować. Trochę przy pomocy wrodzonych umiejętności z zakresu orientacji w terenie, a trochę przy pomocy cudu, znaleźliśmy kamping La Pineta, na którym to mieliśmy wstępnie zarezerwowany kawałek placu. Więc wjechaliśmy, zapłaciliśmy, miła pani na rowerze wskazała nam miejsce – takie ładne, pod drzewkami – gdzie mamy się rozbijać. Zaparkowałem samochód, otworzyłem bagażnik, wyrzuciłem ze środka torbę z namiotem. I wtedy się zaczęło. Rozbijanie. Namiotu.

Musicie wiedzieć, że pan Koszmarny nie rozbijał wcześniej namiotu od przynajmniej dziesięciu lat, zresztą, wcześniej, gdy rozbijał, to były to namioty typu igloo, czyli maleństwa takie. Teraz za to mieliśmy namiot ogromny, dwupokojowy z dużym tropikiem, przyszłościowy taki, na rodzinę co najmniej 2+8. Oprócz tego, zwykle gdy pan Koszmarny namioty rozbijał, czyli te co najmniej dziesięć lat wcześniej, ktoś mu trochę w tym pomagał. Rozumiecie o co chodzi: czasem coś tu trzeba przytrzymać i tego typu rzeczy.

Teraz natomiast pani Żon stała wyniośle z boku i rozmyślała sobie, zapewne o urokach słonecznej Italii, w przysłowiowej dupie mając ewentualne udzielenie pomocy. Do tej ostatniej garnął się niestety dzieciok, ale wiecie jak to jest z pomocą dziecioków – niepostrzeżenie zabrał mi jeden pałąk, wyniósł za drzewo i przez piętnaście minut zastanawiałem się, czemu to cholerstwo zwane namiotem nie chce się złączyć w jedną całość. Ale wreszcie się domyśliłem i wielki projekt rozbijania udało się zakończyć sukcesem.

Niestety, w tak zwanym międzyczasie, panu Koszmarnemu rozładował się elektroniczny papieros. Podszedłem więc do skrzynki z prądem, co to jest przy każdej miejscówce na polu. Patrzę, a tam wejście jakieś dziwaczne, więc nijak ładowarki od szluga wcisnąć się nie da. Wtedy przypomniał sobie pan Koszmarny o tym, że i owszem, są na włoskich polach namiotowych wtyki nieco inne, niż w kręgach tak zwanych cywilizowanych, więc niezbędna będzie przejściówka.

Wizyta w sklepiku

Ale cóż to za problem, pomyślałem, przecież nieopodal jest sklepik (nieopodal zawsze jest jakiś sklepik), a w tym sklepiku, co jak co, przejściówka do prądu być powinna. Więc luzik, idę do sklepiku, co to był jednocześnie barem i pytam się swą łamaną odmianą angielskiego, o przejściówkę do prądu, żebym sobie mógł papieroska podładować i żeby mnie nikotynowy głód nie zżerał.

– Nie ma – odparł subiekt sklepowy własną odmianą italo-angielskiego.

– Nosz kurwa – zareagowałem spontanicznie własną odmianą polskiego.

– Za zakrętem też nie ma – rzekł wtedy subiekt.

Cóż poradzić, pomyślałem i zmieniłem temat:

– To poproszę jedno piwo.

– Nie mogę sprzedać – powiedział subiekt – gdyż ponieważ teraz mamy przerwę zwaną sjestą, kasa wyłączona, lodówka zamknięta i zapraszam za dwie godziny.

Ręce mi wtedy opadły, o morale już nie mówiąc. Wracam więc pod namiot i mówię do pani Żon, że muszę do ubikacji.

Toalety na polu namiotowym

– Dzieciok też musi – odpowiada pani Żon, a znajdowała się wówczas w pozycji półleżącej, oparta plecami o boczne drzwi naszego wozu, z twarzą wystawioną na słońce, jakby się opalając.

Spojrzałem na dziecioka i mówię: chodź. Poszliśmy. Dzieciok się załatwił, ja też, choć właściwie nie musiałem, bo potrzeba fizjologiczna była zaledwie pretekstem, by podładować sobie papieroska w kontakcie przy zlewie. Mówię więc do dziecioka:

– Chodź, pooglądamy zlewy.

– Zlewy? – dopytuje dzieciok. – Super, chodźmy! Zlewy są super.

No to poszliśmy. Znalazłem wolny kontakt, wbiłem ładowarkę i zaczęliśmy oglądać zlewy. Pierwszy obejrzeliśmy. Drugi, trzeci. Przy czwartym dzieciok zaczął się nudzić, co w zasadzie nie powinno dziwić, bo cóż to za przyjemność zlewy oglądać. Więc choć było tych zlewów jeszcze ze czterdzieści, to na czwartym poprzestaliśmy. Odłączyłem ładowarkę, podpiąłem baterię i wziąłem macha.

Świat znów nabrał kolorów, ale tylko na chwilę.

Plaża w Viareggio

Bo po chwili pani Żon zaproponowała, żebyśmy udali się na plażę. Od kampingu La Pineta do plaży idzie się jakieś piętnaście minut, to znaczy tyle się idzie, o ile zna się drogę, bo my szliśmy czterdzieści.

Zajęło nam to tak długo trochę przez dziecioka, co wolno wlókł nogami, trochę przez to, że na początku szliśmy w przeciwnym kierunku, a trochę dlatego, że pan Koszmarny nie znosi pytać się o drogę. Więc się nie pytał przez pierwsze dwadzieścia minut, a gdy w końcu doszedł do wniosku, że jednak się zapytać musi, to już było za późno, bo jedyną osobą na którą trafiliśmy, był podstarzały italianiec, który nie znał angielskiego i z wypowiedzi którego zrozumiałem tylko jedno: bondziorno.

Pomimo tego, jakoś na plażę dostać nam się udało. I co? I nic, plaża do przysłowiowej dupy. Dziewięćdziesiąt procent piachu zastawione przez płatne leżaki, a pozostałe dziesięć przez stertę niedopałków i śmieci.

Na szczęście szybko się sciemniło, więc wróciliśmy do kwatery, znaczy namiotu. Tam ponownie udałem się do toalety, gdzie obejrzeliśmy z dzieciokiem kolejne cztery zlewy. I wtedy pana Koszmarnego zmorzył sen, ale to już zupełnie inna historia.

Zachód słońca w Viareggio

Zachód słońca w Viareggio.

Myślicie, że to koniec? To się mylicie! Zapraszam do działu co zobaczyć w Toskanii, gdzie znajdziecie sporo informacji na temat tej pagórkowatej krainy.

Jeżeli spodobał wam się ten wpis to… bardzo się cieszę. Jeżeli komuś nie wystarcza moje „bardzo”, to może sprawić, że ucieszę się „super bardzo” i zostawić swój komentarz.

 

Podsumowanie:

Uważajcie na przełęcz Brenner – korki bywają tam zabójcze.

Na włoskich polach namiotowych potrzebujecie przejściówki do prądu.

Viareggio to badziewny kurort z płatnymi plażami. Nie polecam.

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.