Kolejny dzień w Bośni i Hercegowinie poświęciliśmy na zwiedzanie Blagaj. Muszę przyznać, że znajdujący się tam klasztor derwiszów jest fotogeniczny jak cholera i naprawdę trzeba się postarać, aby nie wyszło przy nim ani jedno dobre zdjęcie.

Jak zobaczycie na załączonych poniżej obrazkach, powiodła mi się ta trudna sztuka 😉

Dojazd i parkowanie

Dojazd z Mostaru jest łatwiutki, oczywiście jeżeli dysponuje się samochodem. Odległość to jakieś dwanaście kilometrów, więc kilka minut jazdy i już jesteśmy.

Na miejscu podejrzany typek w tyleż uroczej, co odblaskowej kamizelce wskazuje nam, gdzie możemy zaparkować, po czym wyciąga swój portfel i mówi, że należą się 2 KM. Pan Koszmarny uiszcza, bo cóż może zrobić. Potem wyganiamy z auta dziecioka starszego, rozkładamy wózek parasolkę, dziecioka młodszego w tenże i dalej, mijając kramy z ichnim badziewiem lokalnymi pamiątkami (nie polecam nic kupować, bo ceny są tu wyższe niż na targu w Mostarze), ruszamy na podbój klasztoru.

Klasztor derwiszów w Blagaj

Kim byli derwisze i co oni za paznokciami mieli, to oczywiście każdy wykształcony człowiek wie… Biorąc jednak pod uwagę, że nie każdy z trzech czytelników mojego bloga jest wykształcony, wyjaśnię, że byli to mnisi. Tacy muzułmańscy, którzy lubili sobie potańczyć.

Jeżeli niespecjalnie kręci was patrzenie na tańczących mnichów, to nie macie się czym przejmować. W blagajskim tekke derwiszów już bowiem nie ma, a jedyne co po nich pozostało, to niepozorna budowla przeuroczo położona u stóp zjawiskowego urwiska.

Klasztor derwiszów w Blagaj.

Wstęp do klasztoru derwiszów jest płatny i każdego dorosłego kosztuje 3 KM (nieco ponad 6 zł).

Aby dostać się do środka, trzeba niestety być przyzwoicie odzianym. Zasłonięte muszą być ramiona, nogi i głowa (przy czym ta ostatnia tylko u kobiet – męska głowa jest ok). Jeżeli ktoś się teraz zatroskał, że w jego garderobie nie ma przyzwoitych ubrań, to od razu uspokajam: przy wejściu do blagajskiej tekke stoi rozkoszny pan i rozdaje gustowne chusty, którymi można się owinąć, żeby było stosownie. Pani Żon (co oczywiste) otrzymała taką jedną i ja również (o dziwo) otrzymałem, gdyż moje odsłonięte łydki wydały się rozkosznemu panu seksualnie podejrzane. No cóż, co kraj – to obyczaj.

Po odzianiu, wystarczy tylko zdjąć buty (spoko – jak wszędzie w Bośni i Hercegowinie, tu też są kapcie) i już można zwiedzać stary klasztor. Cóż nas tam czeka oprócz niechybnej grzybicy stóp?

Ano na przykład tajemna księga:

A jak wyjrzymy przez okno, to jeszcze okoliczności przyrody:

To oczywiście skały, a na nich gołąb brajtszwanc. Musi leguralnie trzy razy dziennie bujać, choćby nie wiem co.

Ogólnie w klasztorze jest ciasno, skromnie i nieco wilgotno. Niestety, nie ma tam też zbyt wiele do oglądania, więc po kilku minutach nie pozostaje nic innego, jak wyjść i skoczyć coś zjeść.

Jedzenie w Bośni i Hercegowinie

A zjeść w Blagaj się da, bo tuż przy brzegu wesoło chlustającej rzeki Buny postawiono kilka zachęcająco wyglądających knajpek. Zajrzeliśmy do jednej z nich i dobra to była decyzja, gdyż dzięki niej pan Koszmarny poznał danie, o istnieniu którego nawet mu się nie śniło.

Otóż były to kalmary…

(ale nie takie zwykłe, bo) nadziewane…

(ale nie byle czym, bo) czterema rodzajami serów pleśniowych!

O derwisze roztańczeni, czy może być coś lepszego? Czy da się wymyślić doskonalsze połączenie wspanialszych składników? Z pełną świadomością znaczenia własnych słów, pan Koszmarny stwierdza, że nie. Nie ma nic lepszego i nie da się wymyślić doskonalszego połączenia wspanialszych składników. Kalmary z czterema rodzajami serów pleśniowych są bowiem daniem absolutnie idealnym, po którym do dziś mi się (przyjemnie, żeby nie było) odbija. Niebo, drodzy państwo, niebo w gębie! Zdecydowanie polecam allegrowicza.

W tym miejscu powinno być zdjęcie idealnego dania, które oczywiście zrobiłem, lecz zaginęło w odmętach mojego dysku. Taki ze mnie profesjonalny bloger 😉

Zaskakująca fotogeniczność Blagaj

Posileni i wypoczęci po wizycie w restauracji, ruszyliśmy na łowy: rzecz jasna bezkrwawe, ale za to z aparatem. Otóż najlepsze ujęcia pocztówkowego widoczku z Blagaj da się uchwycić po drugiej stronie rzeczki, po której już byliśmy, gdyż ponieważ tam są zlokalizowane knajpki. I tam też poszliśmy (z dzieciokiem na rękach, bo wózek nie dał rady). I tam też uchwyciliśmy:

Fotogeniczny klasztor w Blagaj w najgorszym możliwym ujęciu.

Ogólnie trzeba przyznać, że tekija w Blagaju, obok której wypływa ze skał rzeka Buna, to – pardon my french – piękne miejsce. Na pewno jedno z bardziej malowniczych w Bośni i Hercegowinie, a może nawet i na całych Bałkanach. Niestety, pobocznym efektem takiego stanu rzeczy, jest dosyć duża (przynajmniej jak na standardy BiH) liczba turystów, którzy przybywają tu każdego dnia.

Blagaj w Bośni i Hercegowinie.

Po uchwyceniu niniejszych ujęć, wykonaliśmy taktyczny odwrót do samochodu, co nie zmienia faktu, że Blagaj zrobił na panu Koszmarnym bardzo dobre wrażenie. Warto tam zajrzeć podczas podróży na Bałkany!

Blagaj:
Miodność: 5/6
Zadeptanie: 3/6
Ogólna opinia: Polecam!

Deszczowy Mostar

Popołudnie chcieliśmy poświęcić na bliższe przyjrzenie się Mostarowi, ale zaczął padać deszcz i cały nasz misterny plan poszedł się już wy wiecie co. W związku z powyższym zmuszeni byliśmy podjąć szybką & spontaniczną decyzję, że zostajemy dzień dłużej. Ruszamy więc do pani Dont-Łory (kim była pani Dont-Łory, możecie dowiedzieć się z notki opisującej wodospady Kravica) i uderzamy w te oto słowa, że chcemy zostać w jej pensjonacie jeszcze jedną noc.

Ona na to: dont łory, ale nic z tego, bo ma pełne obłożenie.

Więc my: że jak ona ma pełne obłożenie, to nas to jednak trochę łory.

Na takie dictum pani Dont-Łory roześmiała się swym perlistym śmiechem i rzekła, że ona by chyba nie była panią Dont-Łory, gdybyśmy my się mieli łory. Otóż bowiem, wyjaśniła, może nam polecić świetną miejscówkę, lepszą nawet od tej, co to w niej spaliśmy, jeszcze bliżej mostu, z jeszcze większym wyborem kapci i w ogóle. No więc bi hepi – powiedziała, po czym, widząc nasze zaskoczone miny, dodała zaraz: – i dont łory.

Jeżeli chcecie poznać panią Dont-Łory (a zapewniam, że warto) to wystarczy, że podczas pobytu w Mostarze (również zapewniam, również warto) przenocujecie w jej pensjonaciku. Oto namiary: Zigana Apartments.

Pan No-Spik-Inglisz

Nowa miejscówka rzeczywiście okazała się niezła, bo bliżej centrum. Oprócz tego, zamiast meczetu stał obok chrześcijański kościół (czyli poranne zawodzenia muezina zamieniliśmy na swojskie bicie dzwonów), a w zastępstwie pani Dont-Łory, nad wszystkim czuwał pan No-Spik-Inglisz.

Nasze pierwsze spotkanie wyglądało mniej więcej tak: Hał ar ju – zapytałem, ściskając dłoń pana No-Spik-Inglisz na powitanie, na co on, że dont spik inglisz, ale tu są kapcie.

Któż by nie chciał pozostać w apartamencie, gdzie obcować może z prawdziwą sztuką? Dla nieogarów: prawdziwa sztuka na zdjęciu powyżej.

I tym pozytywnym akcentem żegnam się z wami na kilka dni i już serdecznie (oraz awansem!) zapraszam do kolejnego wpisu. Który to wpis będzie o zwiedzaniu miasta Mostar.

Dasz bór!

PS. Spodobał wam się Blagaj? Chcecie poznać inne ciekawe miejsca w Bośni i Hercegowinie? Proponuję zainteresować się chociażby takimi miasteczkami, jak Jajce oraz Pocitelj.

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. podróże traktuje jako zło konieczne, co nie przeszkadza mu być niezastąpionym drogowskazem dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy koszmarnewakacje.pl to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *