Kiedy mówiłem, że jadę do Rumunii, niektórzy pukali się w głowę. Kiedy dodawałem, że chcę zahaczyć o tamtejsze Morze Czarne, ci, którzy wcześniej tylko pukali się w głowę, zaczynali pytać: ale Koszmarny, tak serio i w ogóle, czy Rumunia ma dostęp do morza?

Abyście nie musieli przerywać lektury i sięgać po mapę, od razu zdradzę, że tak – ma 🙂

Nie da się jednak ukryć, że nie jest to kraj, z którym kojarzyłyby się plaże i wakacje nad morzem. Bułgaria – ok, już prędzej. Ale Rumunia? Ponieważ sprawa nie wyglądała na oczywistą, a pan Koszmarny jest człowiekiem skorym do poświęceń, postanowiłem na własnej skórze sprawdzić, jak wygląda tamtejsze wybrzeże.

Wyniki tego mrożącego krew w żyłach eksperymentu znajdziecie w poniższym tekście. Zapraszam!

UWAGA! Covid-19 alert! Ze względu na aktualną sytuację epidemiologiczną, nie zachęcam do wyjazdów zagranicznych w roku 2020. Ale – jak to się mówi – pandemia przeminie, a Rumunia pozostanie. Niniejszy tekst publikuję więc z myślą o lepszych czasach 😉

Morze Czarne w Rumunii

Rumuńska – przepraszam za określenie – riwiera, ma około 200 km i rozciąga się od Delty Dunaju na północny, aż do granicy z Bułgarią na południu. Na papierze wygląda to nie najgorzej. Plaże są piaszczyste, woda ciepła, pogoda w sezonie również powinna dopisywać. Do tego niby każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Miłośnicy imprezowania mają swoją tandetną Mamaję, a starzy hipisi mogą skoczyć do Vama Veche.

Jak to jednak wygląda w praktyce?

Rumunia, plaża nad Morzem Czarnym
Plaża w Olimpie – północny odcinek, tuż przy torach kolejowych.

Otóż w praktyce wygląda to tak, że pan Koszmarny raczej nie ma zamiaru już nigdy nad tamtejsze wybrzeże wracać. Głównie wynika to z faktu, że ja w ogóle niespecjalnie lubię być nad morzem.

Nie jest to jednak jedyny powód.

Wady rumuńskiego wybrzeża

Rumunia staje się w ostatnim czasie coraz popularniejszym wakacyjnym kierunkiem. Wiele biur podróży zaczyna ją reklamować jako miejsce jeszcze nie odkryte, do którego nie zdążyła dotrzeć masowa turystyka. I faktycznie, nad tamtejsze wybrzeże Morza Czarnego nie zjeżdża zbyt wielu obcokrajowców. Problem w tym, że w samej ojczyźnie Drakuli mieszka wystarczająco dużo ludzi, by rumuńskie plaże zapchać pod korek.

Ktoś mógłby rzecz jasna powiedzieć, że to standard. Jak Europa długa i szeroka, wszystkie nadmorskie kurorty są przecież przepełnione do granic możliwości. Ja jednak odniosłem wrażenie, że tłumy w Rumunii są nieco bardziej przeraźliwe, niż w innych miejscach.

Jest to oczywiście mocno subiektywne odczucie i rozumiem, że mogą być na ten temat różne opinie. Aby jednak uwiarygodnić tę moją, poniżej fotografia prosto z Costinesti:

Plaża w Costinesti
Główna plaża w Costinesti.

Ok, a co poza tłokiem czeka nas nad rumuńskim morzem?

W telegraficznym skrócie:

  • głośna muzyka lecąca z głośników niewiadomego pochodzenia,
  • pety wystające z piasku,
  • śmieci na ulicach,
  • biegające samopas bezpańskie psy
  • i na dokładkę, wraki statków wystające z morza.

Tak to mniej więcej wygląda. Jeżeli miałbym streścić powyższą listę w jednym słowie, to pewnie użyłbym sformułowania „syfiasto”. Na szczęście, nie mam ograniczeń co do ilości znaków, dlatego po prostu powiem, że panuje tu dosyć przaśna atmosfera.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdemu musi coś takiego przeszkadzać. Ba, nawet panu Koszmarnemu się to momentami podobało. Chcę tylko dobitnie podkreślić, że nie ma co przesadnie wierzyć w zapewnienia niektórych biur podróży. Dobrudża to nie jest raj na ziemi. I raczej długo jeszcze takim się nie stanie.

Zalety, czyli coś dla nudystów i innych luzaków

Ale żeby nie było! Rumuńskie wybrzeże ma też swoje zalety. Choć nie ma co liczyć na spektakularne widoki, to plaże są zwykle dosyć długie, szerokie i piaszczyste. Najważniejsze jest jednak to coś, co na potrzeby tego tekstu mogę określić, jako wszechobecny luz.

Ot na przykład: z namiotem można rozbić się tu właściwie gdziekolwiek i nikt nie powinien robić problemów. Kobiety opalają się topless i nikogo to specjalnie nie dziwi. Zresztą, jeżeli ktoś lubi nagość, to… No cóż, czego jak czego, ale nagości nad Morzem Czarnym nie brakuje.

Rumunia, Morze Czarne
Nad rumuńskim wybrzeżem można też znaleźć całkiem sympatyczne dzikie plaże.

Nie wiem, może to kwestia tego, że podświadomość pana Koszmarnego kazała mu zawsze kierować się w miejsca, gdzie można spotkać gołe baby, ale faktem jest, że gdzie nie zaszliśmy, tam wszędzie natrafialiśmy na plaże nudystów. Nie jestem może wytrawnym znawcą naturyzmu, ale mam wrażenie, że miłośnicy nagiego opalania znajdą w Dobrudży wiele ciekawych miejsc dla siebie.

Przy czym ten rumuński naturyzm nie jest jakoś specjalnie zawłaszczający. Nie wiem czy tak jest wszędzie, ale przynajmniej w tych miejscach, które pan Koszmarny nawiedził, nudyści żyli z tekstylnymi w zgodzie i przyjaźni. Tak więc, jeżeli nie jesteście gotowi na to, aby zdejmować gatki przy setce innych osób, to zero stresu. Każdy będzie to miał w przysłowiowej dupie nosie 😉

Gdzie nad morze do Rumunii?

Jeżeli jeszcze nie zrezygnowaliście z wyprawy nad rumuńskie morze, to pewnie chcielibyście wiedzieć, gdzie warto tam jechać. Problem polega na tym, że zdecydowanie łatwiej odpowiedzieć na pytanie, gdzie na plażę do Rumunii lepiej się nie wybierać.

Otóż pan Koszmarny unikałby ze wszystkich sił miejsc takich jak: Mamaja, Eforie Nord, Konstanca, Mangala, Costinesti. Oprócz tego wystrzegałbym się rzymskich bogów, takich jak: Jupiter, Neptun, Saturn etc.

Aha, Olimpu też lepiej unikać 🙂

Ciekawostka związana z kurortami nazwanymi imionami rzymskich bogów. W latach osiemdziesiątych podobno planowano tu również budowę Uranu – nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział, że co jak co, ale taka nazwa idealnie pasuje do rumuńskiego wybrzeża 🙂

To tyle słowem wstępu, a teraz lecimy szczegółowo…

Mamaja – imprezowe zagłębie

Największy i najmodniejszy, a nawet jakby luksusowy kurort na rumuńskim wybrzeżu. Mamaja wciśnięta jest na wąskim pasie lądu pomiędzy Morzem Czarnym, a jeziorem Siutghiol. Imprezowa atmosfera, modne kluby i życie nocne – jeżeli kogoś kręci taka triada, to powinien się tam wybrać.

Tutejsza plaża jest wprawdzie dosyć wąska, ale przynajmniej długa: liczy sobie aż 8 kilometrów. Za dodatkową atrakcję można uznać kolej gondolową, dzięki której można zobaczyć Mamaję z lotu ptaka.

Plaża w Rumunii
Jedna z Rumuńskich plaż.

Costinesti – tańsza alternatywa

Miłośnicy imprez, których nie stać na Mamaję, mogą udać się do Costinesti. Tu też znajdą sporo plażowych barów i podobnego badziewia, ale przynajmniej wydadzą nieco mniej pieniędzy. Jest to bowiem jedno z tańszych miejsc, jeżeli chodzi o noclegi.

O ile samego centrum miasteczka radziłbym unikać, o tyle na obrzeżach znajdują się w miarę ciekawe plaże, gdzie od biedy można się wybrać. Generalnie, polecałbym oddalić się od kurortowego epicentrum w kierunku… który wskaże ci jakaś dobra dusza na miejscu 😉 Mówię serio – pytanie lokalnych mieszkańców (np. właścicieli kwatery) zawsze pozwala odkryć najciekawsze plaże.

Vama Veche – mekka hipisów

Kiedyś była to mekka hipisów, teraz jest nieco alternatywny, ale już regularny kurort. W dzisiejszych czasach, mówią niektórzy, nie ma sensu jeździć do Vama Veche. Bo teraz to już tylko komercja, nie to co kiedyś. Kiedyś to były czasy, teraz już czasów nie ma.

Vama Veche
Vama Veche – skomercjalizowane, ale wciąż sympatyczne miejsce.

No cóż, przyznam się, że nie byłem w Vama Veche w latach siedemdziesiątych, ani nawet osiemdziesiątych. Nie wiem jak było kiedyś, może teraz jest tam rzeczywiście nieco mniej autentycznie i wyjątkowo, ale… I tak jest nieźle!

To znaczy, żebyśmy się dobrze zrozumieli: jest nieźle, jak na standardy rumuńskiego wybrzeża 🙂

Jeżeli wasze nogi postaną w Vama Veche, to chciałbym z całego serca odradzić restaurację Cherhana. Jadłem tam chyba najgorszy posiłek w ostatnich latach. Do dziś mi się po nim odbija, jak sobie przypomnę. Knajpa ma o dziwo całkiem niezłe oceny na TripAdvisor, ale na waszym miejscu omijałbym ją szerokim łukiem.

Mieszkańcy leżącego tuż przy granicy z Bułgarią miasteczka podobno dbają o to, by Vama Veche wciąż pozostało małą wioską rybacką. Tutejsza plaża jest piaszczysta i w pewnych miejscach wciąż dzika. Panujący nastrój można nazwać nieco buntowniczym, sporo jest tu także nudystów.

Ceny noclegów są niestety dosyć wysokie. Jeżeli jednak ma się swój namiot, to można go rozbić za darmo na plaży i poczuć się jak rasowy hipis 😉

Eforie Nord – straszące uzdrowisko

Miasteczko wbite pomiędzy Morze Czarne i słone jezioro Techighiol. Nie wywarło na mnie dobrego wrażenia. Właściwie można powiedzieć, że w Eforie Nord znajduje się wszystko, co nad rumuńskim wybrzeżem najgorsze. Mamy więc tu tłok, syf i inne takie.

Ze względu na fakt, że błoto z jeziora ma podobno lecznicze właściwości, Eforie Nord jest traktowane jako uzdrowisko. Oprócz tego, widziałem, że ta miejscowość polecana jest rodzinom z dziećmi. Jak sądzę, autorzy tych rekomendacji nie są zbyt przychylni tym ostatnim 😉

2 Mai – wioska zwykle pomijana

Niewielka wioska Doi Mai, w której pan Koszmarny był tylko przejazdem, ale… przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda na całkiem spoko miejsce. Jest tu zdecydowanie spokojniej niż w Vama Veche, więc dla szukających wytchnienia 2 Mai może stanowić jakąś tam opcję.

Namioty na plaży w Rumunii
Z namiotem można się rozbić w wielu miejscach.

Co jeszcze można robić nad Morzem Czarnym?

Jeżeli znudzi wam się już wylegiwanie na plaży oraz oglądanie nagich osób, możecie skorzystać z kilku opcji na urozmaicenie swoich wakacji w Dobrudży. Oto, co warto tam zobaczyć:

  • Konstanca – drugie co wielkości miasto Rumunii (zaraz po Bukareszcie). Charakteryzuje się tyleż piękną, co zaniedbaną starówką. Najbardziej znaną budowlą jest tu zabytkowe, secesyjne Kasyno (Cazinoul), które stoi nad samym morzem i wygląda całkiem efektownie. Niestety, chętni na pomnożenie swoich oszczędności muszą obejść się smakiem, gdyż kasyno nie jest już użytkowane. Ba, sama budowla jest mocno zaniedbana – turyści mogą więc popatrzeć sobie chociażby na powybijane okna.
  • Delta Dunaju – plaże zajmują tylko jedną połowę rumuńskiej linii brzegowej, drugą okupuje bowiem Delta Dunaju. Ta jest bagnista, pełna komarów (i innego robactwa) oraz olśniewająca widokowo. To podobno jedna z najlepiej zachowanych delt w Europie. Znajduje się tu rezerwat przyrody, charakteryzujący się rzadko spotykaną różnorodnością biologiczną. Oczywiście całość wpisana została na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
  • Mangalia – tu znajdują się ruiny starożytnej świątyni. Chętnie bym się powymądrzał na ich temat, ale niestety wrodzona uczciwość mi zabrania, gdyż ich nie widziałem 😉

Gdzie nocować?

Jak ktoś lubi ryzyko, to właściwie może jechać w ciemno. Nawet w środku sezonu dało się zauważyć wielu naganiaczy (można ich poznać po kartonach z napisem casare). Oczywiście jakość lokalu, na jaki trafimy w ten sposób, będzie wielką niewiadomą. Ale od biedy się da.

Opcją drugą jest nocowanie pod namiotem. Niekoniecznie trzeba to robić na kempingu, wiele osób rozstawia się bowiem od razu na plaży. I tak sobie mieszkają. Ma to oczywiście swoje zalety, bo raz że nic nie kosztuje, a dwa że mamy wtedy możliwość obcować sobie z potęgą morza na zupełnie innym poziomie.

Polecane noclegi w Rumunii
Casa Eden w Costinesti – samotny blok pośrodku niczego.

Polecane noclegi

Pan Koszmarny rezerwował nocleg przed wyjazdem i rozważał głównie okolice Vama Veche oraz 2 Mai. Niestety nie znalazłem nic ciekawego w interesującym nas okresie.

Ostatecznie zatrzymaliśmy się w pensjonacie Casa Eden, który znajduje się w Schitu (na obrzeżach Costinesti). Nie jest to niestety najtańsze miejsce, ale moim zdaniem zdecydowanie warte swojej ceny. Szczególnie polecam je na wakacje z dziećmi – moje koszmarne dziecioki były zachwycone, a im nie jest tak łatwo dogodzić 😉 Jest tu mały plac zabaw, a do najbliższej (niewielkiej, acz całkiem przyjemnej) plaży da się dojść na piechotę w 10 minut. Tu możesz sprawdzić aktualne ceny apartamentów!

Podsumowanie

Jedna z osób, które poznaliśmy w Rumunii, strasznie zdziwiła się na wieść, że nad ich wybrzeżem spędziliśmy aż pięć dni.

– Chorwacja jest lepsza – powiedziała nam (ta osoba) – byliście kiedyś w Chorwacji?

Pan Koszmarny odparł jej tylko, że jest z Polski. A każdy, kto jest z Polski, był kiedyś w Chorwacji.

Vama Veche, Rumunia
Vama Veche

Wracając jednak do tematu: czy Morze Czarne w Rumunii to dobre miejsce na wczasy?

No cóż…

Powiedzmy sobie szczerze, że specyfika rumuńskiego wybrzeża nie każdemu musi przypaść do gustu. Na pewno między bajki można włożyć większość zdjęć folderów reklamowych biur podróży. Nie znajdziemy tu ani niesamowitych widoków, ani drugiego raju na ziemi. Zamiast tego czekają nas przeraźliwe tłumy, sporo przaśnej atmosfery i – na osłodę – dużo nagości.

Jeżeli komuś to odpowiada, to Rumunia i jej morze będzie dobrym pomysłem. W przeciwnym wypadku: wydaje mi się, że jest wiele lepszych miejsc na zdobycie nadmiaru opalenizny.

A Wy, szanowni czytelnicy, byliście nad rumuńskim morzem? Chętnie poznam Wasze opinie 🙂

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. podróże traktuje jako zło konieczne, co nie przeszkadza mu być niezastąpionym drogowskazem dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy koszmarnewakacje.pl to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.

3 komentarze

  1. Erynia pisze:

    Hehe… widzę, że rumuńskie wybrzeże nic się nie zmieniło. W opisie wybrzeża brakuje jeszcze Gura Portitei. Jak jesteś w okolicy Konstancy, to wpadnij jeszcze do Murfatlar na wina. Parę lat temu mieli bardzo zacny stosunek cen do jakości 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *