Otóż, proszę sobie wyobrazić, poleciałem na Sardynię.

Nie żebym chciał, tak wyszło. Pani Żon miała ochotę powygrzewać się na plaży, linie lotnicze kusiły cenami, a moje protesty okazały się niewystarczająco stanowcze. Więc polecieliśmy i spędziliśmy na tej Sardynii dziesięć dni, podczas których trochę pojeździliśmy, trochę pozwiedzaliśmy, trochę się też wyleżeliśmy. Z tych dziesięciu dni powstanie, bo ja wiem, jakieś pięć wpisów.

Dziś wpis z tych pięciu pierwszy, taki rozruchowy.

Kręcimy się w kółko

Była połowa maja, a my wylądowaliśmy. Prędziutko zgarnęliśmy bagaże (walizeczki, wózeczek, dwa samochodowe foteliki) oraz dziecioki (jeden lat cztery i pół, drugi lat tylko pół bez cztery) i popędziliśmy do wypożyczalni samochodów.

Na lotnisku w Cagliari wypożyczalnie znajdują się blisko terminalu, ot, wystarczy wyjść z hali przylotów, skręcić w lewo i pokonać jakieś, bo ja wiem, circa sto metrów. Trafić tam jest naprawdę łatwo, czego dowodem niech będzie to, że nawet nam udało się za pierwszym podejściem. Samochód zarezerwowałem wcześniej w lokalnej wypożyczalni Autonoleggio Sardinia, która okazała się totalnie bezproblemowa (przy okazji polecam). Więc odebraliśmy wóz, zamontowaliśmy foteliki, do fotelików przypięliśmy dzieciaki, a dalej było tak…

Trudna sztuka upychania

Otwieram mikroskopijny bagażnik, na spód rzucam walizkę numer jeden, na nią walizkę numer dwa, jeszcze wyżej wózek typu parasolka, a potem powoli, delikatnie, próbuję zamknąć klapę. Ta się jednak zamknąć nie daje, więc wyciągam na chwilę wózek, wyciągam walizkę numer dwa, poprawiam walizkę numer jeden, potem pod nieco innym kątem wkładam walizkę numer dwa i na to, ponownie, wózek parasolkę. Następnie powoli, delikatnie, próbuję zamknąć klapę bagażnika.

Ta się jednak zamknąć nie daje, więc mówię kilka słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite, a potem, zauważając, że starszy dzieciok odwraca się w moim kierunku i uświadamiając sobie, że on, ten dzieciok, słyszał tych kilka słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite, dodaję jeszcze cichutko przepraszam i ponownie próbuję zamknąć klapę bagażnika, ale teraz już nie powoli i delikatnie, tylko agresywnie i z przytupem.

Wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, klapa od bagażnika wreszcie się domyka. Więc ja uzbrajam się w firmowy uśmiech i siadając za kierownicą samochodu, mówię do pani Żon:

– To co, gdzie jedziemy?

Pani Żon spogląda na mnie zdziwiona.

– A skąd mam wiedzieć? Przecież nie dałeś mi nawigacji.

Brak wsparcia z kosmosu

Uśmiech momentalnie znika z mojej twarzy, a zastępuje go coś na kształt przerażenia, bo właśnie uświadamiam sobie, że skoro nie dałem pani Żon nawigacji, to znaczy, że ja ten nawigacji nie wyciągnąłem, a skoro jej nie wyciągnąłem, to ona wciąż jest tam, gdzie ją jeszcze w Polsce włożyłem, a włożyłem ją, jeszcze w Polsce, do walizki, która to walizka leży teraz przygnieciona drugą walizką oraz wózkiem typu parasolka, a cały ten szpej upchałem przed chwilą do mikroskopijnego bagażnika. Wysiadam z auta, zamykam za sobą drzwi i, teraz już zupełnie się nie powstrzymując, wykrzykuję serię słów powszechnie uznanych za nieprzyzwoite.

Cóż jednak mogłem począć? Otworzyłem mikroskopijny bagażnik, wyciągnąłem z niego wózek typu parasolka, wyciągnąłem jedną walizkę, a w drugiej zacząłem grzebać i grzebałem, grzebałem, grzebałem, aż wreszcie wygrzebałem nawigację samochodową, którą zresztą specjalnie w celu wyjazdu na Sardynię nabyłem. Potem podałem nawigację pani Żon, by ta już łapała sygnał z kosmosu, a sam znów te walizki i ten wózek zacząłem upychać, i trochę to trwało, ale na szczęście operacja się powiodła i trochę zadowolony, ale jednak chyba bardziej podkurwiony, usiadłem wreszcie za kierownicą.

– To co, gdzie jedziemy? – zapytałem.

– Coś nie tak… – odparła pani Żon.

– Nie łapie sygnału?

– Łapie, tylko, jakby ci to wytłumaczyć… pokazuje, że jesteśmy na środku morza…

Ach te kobiety, pomyślałem, trochę techniki i od razu się gubią. Ozdabiając swe oblicze pobłażliwym uśmiechem, wziąłem z rąk pani Żon nawigację i po kilku chwilach poświęconych na zmianę ustawień ponownie zmuszony byłem użyć słowa uznawanego powszechnie za nieprzyzwoite.

– Przecież miała być cała Europa… – rzekłem, opierając bezradnie głowę o kierownicę – na mapie miała być cała Europa.

– A czy sam kiedyś nie wspominałeś – wydeklamowała pani Żon, nie próbując nawet maskować satysfakcji – że większość map z nawigacji nie uwzględnia wysp. A Sardynia, popraw mnie, jeżeli się mylę, bo przecież jesteś niby bardziej biegły w geografii, to chyba wyspa.

Wziąłem głęboki oddech. Jeden, drugi, trzeci. No wyspa, kurwa, wyspa, pomyślałem sobie. Tak samo było na Krecie, na Cyprze i teraz jeszcze, kurwa mać, tu.

– Trudno – odparłem, podnosząc głowę i przekręcając kluczyk w stacyjce – jedziemy na pałę.

I pojechaliśmy. Najpierw w jedną, potem w drugą, zwykle w kółko. Po godzinie jazdy ponownie znaleźliśmy się na lotnisku, ale nic to, pomyślałem wyduszając z siebie kolejną serię słów uznawanych powszechnie za nieprzyzwoite. Nic to, że kolejną godzinę zajął nam wyjazd z tego cholernego Cagliari, że dziecioki posnęły w fotelikach, że prawie pół dnia zmarnowaliśmy. Wreszcie udało się wyjechać na autostradę w stronę Sassari i popędziliśmy, hej, ku przygodzie, aż po kilku godzinach dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wspaniałej wycieczki.

A punktem tym, była…

Bosa

Zjechaliśmy z autostrady i odbiliśmy na wybrzeże, na zachód, do miasteczka o wdzięcznej nazwie Bosa. Jest to podobno miasteczko niebywałej urody, rzekła pani Żon, po czym dodała: przy okazji nakarmię dziecioka. Przytaknąłem ze zrozumieniem, bo wiedziałem, że to już czas, by dziecioka nakarmić. Bo dziecioki, te małe w szczególności, muszą mieć stałe pory karmienia, których przegapić nie można, gdyż jeśli się je przegapi, to otworzą się czeluści piekielne i pękną nam bębenki w obu uszach. Więc jedziemy, jedziemy, aż dojeżdżamy i ukazuje się naszym oczom malownicze miasteczko o wdzięcznej nazwie Bosa. No i, co tu kryć, ładnie jest. Ładnie, czyli tak:

Bosa na Sardynii - widok z dystansu

Na plaży z dziećmi

– To może jedźmy najpierw na plażę, tam nakarmię dziecioka – mówi pani Żon.

No cóż, plażowanie to nie jest mój konik i zwykle na podobne dictum moja reakcja bywa bardzo emocjonalna, tym razem miałem jednak jeszcze spore zapasy entuzjazmu związane z tym, że dopiero co przyjechaliśmy, dlatego odparłem:

– Spoko, czemu nie.

I pojechaliśmy na tę cholerną plażę i rozbiliśmy się z całym majdanem tuż przy brzegu. Dzieciok młodszy przyssał się do piersi pani Żon, natomiast dzieciok starszy zajął się zbieraniem muszelek. Niech to szlag, pomyślałem sobie, bo nie miałem akurat nic do czytania, więc jedyne co mi pozostało, to siedzieć jak ten debil nad brzegiem morza i patrzeć jak moja starsza latorośl znosi mi kolejne muszle (nie że jakieś specjalne, raczej takie ślimacze, ale na swój sposób urokliwe, bo niebieskie).

Wizyta na plaży dłużyła się niemiłosiernie, ale nawet to co złe, ma kiedyś swój koniec. Oto bowiem dzieciok młodszy się elegancko najadł, a następnie nadwyżkę jedzenia (bo zawsze musi, cholera, zjeść za dużo) wziął i zwymiotował na moje prawe ramię, co pani Żon eufemistycznie określiła jako ładnie się dzidzi odbiło, na co ja odparłem, że w dupie mam to całe rodzicielstwo.

Ta, standardowa w gruncie rzeczy, wymiana zdań pomiędzy nami mogłaby niechybnie doprowadzić do dłuższej kłótni, ale ostatecznie nie doprowadziła, bo dzieciok postanowił wziąć na swe wątłe barki ciężar utrzymania spokoju w rodzinie i po prostu, jakby to delikatnie ująć, się zesrał, co pani Żon eufemistycznie określiła jako o, kupka po mleczku mamuni. Ja już nic na to nie odparłem i to był mój wielki błąd, błąd, którego oczywiście nie omieszkała wykorzystać pani Żon, która od razu dodała, że to niby moja kolej na przewijanie.

Kurwa mać, chciałem krzyknąć, bo już doprawdy nie wiedziałem, co by się musiało stać, żeby to akurat nie była moja kolej. Czy jak słońce pewnego dnia nie zaświeci, to wreszcie nie będzie moja kolej? Czy jak grawitacja przestanie działać? Czy jak dwa plus dwa to się pięć okaże? No kiedy, kiedy do cholery nie będzie moja kolej na przewijanie? Kurwa mać, chciałem więc krzyknąć, ale ostatecznie tego nie zrobiłem, bo właśnie mi się przypomniało, że to rzeczywiście moja kolej. Więc, aby uspokoić skołatane nerwy, wziąłem tylko głęboki wdech, co okazało się rzecz jasna moim kolejnym błędem, gdyż kupka po mleczku mamuni, jak pewnie potraficie sobie wyobrazić, fiołkami nie pachniała.

Przewijanie dziecioka na plaży, to nie jest bułka z masłem, ale o tym opowiem innym razem. Teraz powinna wam wystarczyć informacja, że się udało. Zadowolony z siebie wziąłem więc dziecioka na ręce i patrzę mu prosto w oczy, a ten, najedzony, przewinięty robi rzecz jasna to, co robi każdy najedzony i przewinięty dzieciok, któremu się spojrzy w oczy: zaczyna płakać, bo chce spać.

– Musimy jechać, dzieciok chce spać – mówi wtedy pani Żon, bo ona zawsze, cholera, musi to powiedzieć pierwsza.

Już chciałem coś odpowiedzieć, ale właściwie, to spodobała mi się myśl, żeby już się wyrwać z tej cholernej plaży. Więc pewnie, czemu by nie, jedźmy! Zaraz wołamy więc dziecioka starszego, że choć no tu, ty strapienie nasze codzienne, zbieramy nasze menele i prędziutko do auta.

– Tata, weź moje muszelki – powiedział dzieciok starszy wyciągając w moją stronę rękę wypełnioną tymi muszelkami, co to wyglądały jak zdjęte z niebieskich ślimaków.

Uśmiechnąłem się, bo tak mnie czasem dziecioki wzruszają i wziąłem te muszelki, by wpakować je do kieszeni swoich spodenek (z kronikarskiego obowiązku dodam, że miałem na sobie bojówki w kolorze zielonym i była to kieszeń boczna). Niech dzieciok ma.

Zapakowaliśmy się do auta i pytam pani Żon:

– To co, wbijamy do tej Bosy?

– Ale przecież dzieciok śpi – mówi, czujna jak zawsze, pani Żon.

Tym sposobem, stety lub niestety, Bosy od środka nie zobaczyliśmy, ale z dystansu też było nieźle, co powinny udowodnić wszystkim te oto dwa zdjęcia:

Wjazd do Bosa na Sardynii

Przystań w Bosa

Zapach Sardynii

Po zrobieniu tego oto, co powyżej, zdjęcia, pojechaliśmy dalej. Że coś jest nie tak, poczułem już po kilku kilometrach jazdy. Literalnie poczułem, bo oto we wnętrzu naszego wysprzątanego, prawie nowego wypożyczonego samochodu unosić się zaczęła przedziwna woń. Była to woń równie przedziwna, co, jakby to powiedzieć, trochę nieprzyjemna, gdyż kojarzyła się, jakby to powiedzieć, z taką nieświeżą lekko rybą. Znacie ten stary suchar o niewidomym co przechodzi obok rybnego? Ja znam (dla tych co nie znają, suchar na końcu wpisu), więc zapytałem panią Żon:

– Nie kąpałaś się przed wyjazdem?

Na co pani Żon:

– Kąpałam się, ale też czuję.

No cóż, skoro pani Żon się kąpała, to oznaczać może tylko jedno. Dzieciok! Spojrzeliśmy z lekkim niesmakiem na tylną kanapę naszego prawie nowego wypożyczonego samochodu, a potem na siebie nawzajem i zaczęliśmy taką oto rozmowę:

– Trzeba ją częściej myć.

– Ale ona ucieka.

– Ja wiem, ale trzeba.

– Ale płacze.

– Ja wiem, ale teraz to już naprawdę przegięcie. Nasze dziecko nie może tak śmierdzieć.

– No wiem.

– No ja też.

Taka oto rozmowa toczyła się dosyć długo, wybaczcie, ale oszczędzę sobie więcej szczegółów. Dość powiedzieć, że ostatecznie ustaliliśmy, iż naprawdę musimy zrewidować swoje wcześniejsze, dosyć luźne podejście do higieny dziecioków, która to rewizja sprawdzała się ostatecznie do gorącego postanowienia: od dziś myjemy je codziennie.

Ponieważ najbliższa okazja, by nasze gorące postanowienie zacząć wprowadzać w życie, nadarzała się dopiero po dojechaniu do Badesi (tam był nasz pierwszy nocleg na Sardynii), a nieprzyjemna woń sama nie ustępowała, postanowiłem wprowadzić tymczasowy środek zaradczy w postaci otworzenia okna w samochodzie.

– Zamknij, bo się dzieciok przeziębi – rzekła wtedy pani Żon.

– No ale… – załkałem z rozpaczą.

– Ja wiem. Ale musisz zamknąć.

Cóż było robić, choroba dziecioka w pierwszy dzień wyjazdu zdecydowanie nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej, więc zamknąłem. I jechaliśmy w tym smrodzie przez dwie godziny, ale tak naprawdę bolesne było tylko pierwszych kilka minut. Po upływie bowiem kilku pierwszych minut, zrobiłem coś, co większość ludzi robi w obliczu zła tego świata, na które nie ma wpływu. Mianowicie wziąłem i się przyzwyczaiłem.

Może ja? Może ty?

Po dwóch godzinach wreszcie dojechaliśmy do Badesi, tam gadka szmatka z właścicielem i prędziutko wrzucamy dziecioka pod prysznic. Na nic się zdały protesty, na nic płacz i lamenty, dzieciok wyszorowany został jak nigdy. I co? I gucio, woń nie ustąpiła. No to wzięliśmy drugiego dziecioka do kąpieli, ale efekt ten sam. Wreszcie, w akcie desperacji i rozpaczy, pod prysznic weszła pani Żon – nawet to jednak nie pomogło.

– To jeszcze ja się wykąpię – powiedziałem zrezygnowany i już miałem wchodzić pod ten prysznic, gdy w ostatniej chwili zatrzymał mnie głos pani Żon:

– Przynieś najpierw walizkę!

Westchnąłem tak ciężko, jak to ja tylko potrafię, ale ostatecznie przyniosłem.

– Otwórz jeszcze proszę, bo zamek się zacina.

Nachyliłem się więc nad walizką i wtedy coś mnie tknęło. Otóż bowiem, jak tylko się nad walizką nachyliłem, szpetna woń nagle stała się jakby bardziej intensywna. Czyżby walizka? Otworzyłem ją prędko i zacząłem szukać źródła nieprzyjemnego zapachu. Grzebałem, szukałem, ale nic nie znalazłem. Skoro nie walizka, to może ja? Odszedłem trochę na bok i nachyliłem się, tak jak wcześniej nad walizką, z tą jedynie różnicą, że teraz nie nad walizką, tylko nad własną niedolą. Woń znów stała się intensywniejsza, więc skojarzyłem fakty i skonstatowałem ze zgrozą: to ja!

Czym prędzej pobiegłem do łazienki, zrzuciłem z siebie podkoszulkę, potem bojówki w kolorze zielonym (woń się nasiliła), zdjąłem wreszcie swoje, za przeproszeniem, gacie i hop pod prysznic. I już miałem odkręcać wodę, i już miałem zmywać z siebie ten brud parszywy, gdy ponownie coś mnie tknęło. Otóż bowiem pod prysznicem szpetna woń nie była aż tak intensywna, jak przed chwilą, więc to jednak chyba nie ze mną problem.

I wtedy wreszcie zrozumiałem.

Wylazłem spod prysznica i w kilku krokach dopadłem do leżących na podłodze bojówek w kolorze zielonym. Z niesmakiem wziąłem je do ręki, otworzyłem jedną z bocznych kieszeni i wysypałem z niej niebieskie muszelki, co to na plaży w Bosa dał mi do przechowania dzieciok, a które, jak się teraz okazało, były niebieskimi muszelkami zamieszkanymi przez ślimaki.

Plaża w Bosa

Otworzyłem okno i wypuściłem je na wolność. Niech mają.

PS. Sam nie wiem, co myśleć o tamtym dniu. Z jednej strony straciłem swoje ulubione bojówki w kolorze zielonym (niestety nie dało się już z nich sprać zapachu), ale z drugiej udało mi się ostatecznie uniknąć nadprogramowej kąpieli. Czyli bilans na zero.

PS2. Ach, byłbym zapomniał… Obiecany suchar:
– Co mówi niewidomy przechodzący obok sklepu rybnego?
– Cześć dziewczyny!

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.