Dzisiejszy wpis poświęcam trzem miejscówkom na północy Sardynii, które można (acz nie trzeba odwiedzić). Będzie więc o pełnej much Spiaggia Li Cossi, nieciekawym Castelsardo oraz uroczo pięknej La Pelosa.

Pierwsze pięć nocy na Sardynii spędziliśmy w niepozornym miasteczku o nazwie Badesi, które to miasteczko wydawało się być dobrą bazą wypadową do ogarnięcia północnej części wyspy. Jak się początkowo wydawało, tak też ostatecznie było i wyboru tego a nie innego miejsca z perspektywy czasu nie żałuję. Oczywiście można by stękać, że Badesi takie nijakie jakieś, że tam nic właściwie nie ma, ale ja proponowałbym spojrzeć na zagadnienie z drugiej strony: dzięki temu, że takie niepozorne, Badesi pozostaje również w miarę tanie. Za pięć nocy w apartamencie (a co!) z jedną sypialnią zapłaciliśmy niecałe 700 zł, co jak na Sardynię stanowi raczej korzystną cenę.

W samym Badesi jest supermarket (a nawet dwa), kilka restauracji, jakieś lodziarnie i tego typu bzdety… oprócz tego oczywiście też plaża – podobno najdłuższa piaszczysta na północy Sardynii – która na tle innych Sardyńskich plaż nie wyróżnia się przesadnym pięknem. I właściwie tyle. Ważniejsze jest bowiem to, co z Badesi można obejrzeć, gdy już się wsiądzie do samochodu, więc sobie wsiedliśmy i zajechaliśmy do…

Spiaggia Li Cossi

Plaża Li Cosi jest plażą z gatunku niewielkich i do tego otoczonych skałami. Nie da się do niej dojechać samochodem, a właściwie to się da, tyle że nie do końca. Bo można dojechać do miejscowości Costa Paradiso, tam elegancko zaparkować i spacerkiem – wąską dróżką oraz wydrążonymi dla wygody tłustych turystów schodkami – sobie do niej dojść.

Owo dojście trwa jakieś dziesięć minut i nie jest specjalnie wyczerpujące, przetrwał je bowiem mój pięcioletni dzieciok (i to bez marudzenia), a nawet przetrwałem je ja, pan Koszmarny, nosząc na brzuchu w nosidełku dziecioka mego numer dwa (którego strategią na ten wypadł okazało się być popadnięcie od razu w głęboki sen).

W trakcie dochodzenia na plażę, podziwiać można widoki, które przedstawiają się mniej więcej następująco:

Droga na Spiaggia Li CossiDroga na plażę Li CossiOkolice Spiaggia Li Cossi

Po zakończeniu procesu dojścia, czy też, jak kto woli, dochodzenia, następuje dotarcie na miejsce. Cechą charakterystyczną dotarcia na miejsce jest natomiast to, że możemy owo miejsce oglądać. Przedstawia się ono tak:

Spiagia Li Cossi

Jak widać na załączonych obrazkach, Spiaggia Li Cossi to plaża z gatunku niewielkich, na której to plaży nie ma zbyt wielu ludzi. Niech was to jednak nie zwiedzie! Zbyt wielu ludzi nie było bowiem w maju, w miesiącach natomiast bardziej letnich (lipiec i sierpień – dodam dla przypomnienia), plaża ta wygląda mniej więcej tak, jak na zdjęciu zamieszczonym (uwaga! Władysławowo alert! wejście tylko dla ludzi o mocnych nerwach!) pod tym linkiem.

Wady plażowania w maju

Więc raczej polecam maj. Albo nawet wrzesień, bo w maju, choć jak w gaju, to woda zimna jak cholera.

Zabytkowa sławojka - jedna z wielu na północy Sardynii

Tajemnicza budka w skale, wyglądem przypominająca sławojkę, lecz w sezonie pełniąca rolę sklepiku dla spragnionych plażowiczów.

Konsystencja piasku oraz jego zawartość w piasku, wygląda tak:

Piasek na Spiaggia li Cossi

Dla dociekliwych – zawartość piasku w piasku na Spiaggia li Cossi.

Co zapamiętam z plaży li Cossi? No muchy zapamiętam. I smród. Z wody waliło bowiem jakimś bliżej nieokreślonym szlamem, który to rodził woń zwaną potocznie smrodem. Do woni zwanej potocznie smrodem, jak wskazuje moje wieloletnie doświadczenie, lgnęły sobie muchy, które siadały też czasem na mnie. Więc plaża jest oczywiście rajska, ale bardziej na zdjęciach.

Posiedzieliśmy tam z pół godziny, się ponapawaliśmy widokami, dzieciok starszy pozbierał jakieś kamienie i połamane muszelki, dzieciok młodszy zjadł natomiast małe co nie co w postaci mleka. Mleko podane mu było przez panią Żon bezpośrednio ze źródła. Czyli z piersi. A potem zawinęliśmy się z powrotem i pojechaliśmy do położonego nieopodal miasteczka Isola Rossa, gdzie też jest plaża, ale taka nudna, że nie mam z niej nawet jednego zdjęcia.

Spiaggia Li Cossi
Miodność: 4/6

Castelsardo

Na obiad postanowiliśmy zatrzymać się w miejscowości Castelsardo, a postanowiliśmy tak dlatego, że owo Castelsardo z daleka wyglądało całkiem przyjemnie. Bo wiecie, zamek na szczycie góry, no niech będzie nawet wzniesienia, to zawsze jest coś, co pan Koszmarny lubi.

Zamek w Castelsardo

Więc pojechaliśmy. Samochód zaparkowaliśmy pod murami zamku, było już późne popołudnie, dzięki czemu nie tylko udało się znaleźć wolne miejsce, ale nawet nie musieliśmy za nie płacić. Niestety już po chwili okazało się, że w Castelsardo nie ma zbyt wiele do oglądania. Ot, dwie uliczki na krzyż, jakieś tam widoczki i właściwie niewiele poza tym.

Już mieliśmy wracać, gdy dzieciok starszy zaczął nalegać, aby wejść do zamku. Samo wejście było niestety płatne (3 euro), a do tego wyglądało, że w środku jest sporo schodów, więc pani Żon wraz z dzieciokiem młodszym została na dole, a pan Koszmarny z dzieciokiem starszym poszedł zwiedzać. Najpierw wbiliśmy na górę, gdzie znów były widoki:

Castelsardo - widok na morze Panorama Castelsardo

A potem jeszcze na dół, gdzie znajdowało się niewielkie muzeum poświęcone wyrobom z wikliny, z których to, jak mniemam, Castelsardo słynie. Więc obejrzeliśmy te wyroby z wikliny, ale jak sami chyba się domyślacie, nie była to najwspanialsza przygoda w moim życiu.

Castelsardo
Miodność: 2+/6

La Pelosa

Plaża La Pelosa wygląda jak z żurnala. Piasek nieziemski. Woda turkusowa. Widoki rewelacyjne. Byłoby to naprawdę piękne miejsce, gdyby nie to, że ludzi tam prawdziwe zatrzęsienie. Pan Koszmarny był tam w maju, a i tak miał problem ze znalezieniem miejsca parkingowego oraz kawałka wolnej przestrzeni na piasku.

Co tam się dzieje w sierpniu? Chyba wolę nie wiedzieć.

Plaża la Pelosa - końcówka maja

Więc jest La Pelosa plażą z gatunku rajskich i jeżeli ktoś takowe plaże lubi, to niewątpliwie może mu na ten widok kopara opaść. Można powiedzieć, że to takie Karaiby w środku… no, może nie zupełnie w środku, ale jednak w Europie. Niestety, jak to z rajskimi plażami zwykle bywa, lgną do nich ludzie. Bo jest tak pięknie i tak uroczo, że aż nie sposób tam nie być. Nie można za to oczywiście ludzi winić, przecież gdyby pan Koszmarny winił ludzi za to, że przyjeżdżają na La Pelosa, to musiałby też winić za to samego siebie, a czego jak czego, ale winić samego siebie za nic pan Koszmarny nie zamierza.

Jeżeli jednak miałbym być szczery, to w mojej opinii jedyne rajskie plaże warte odwiedzenia, to takie, do których jest utrudniony dostęp. I nie, zatłoczony parking, to nie jest utrudniony dostęp. Utrudniony dostęp, to jest kilkanaście kilometrów marszu w upalnym słońcu albo konieczność wspięcia się na dwustumetrową ścianę, albo… no wiecie o co chodzi. Więc są takie rajskie plaże, gdzie trzeba się wysilić, aby na nie trafić, a że ludziom w swej ludzkiej masie, wysilać się często nie chce, to takie rajskie plaże są prawie puste. I przez to ich rajskość możliwa jest do radosnej degustacji. W przypadku La Pelosa tak niestety nie jest.

La Pelosa - SardyniaPocztówka z Sardynii

Na plus La Pelosa można na pewno zapisać, że jest to miejsce wprost stworzone dla dzieci. Przez wiele metrów od brzegu woda jest płytka do kolan, więc pociechy mogą się wybawić do woli bez ryzyka, że ich rodzice zejdą na szybki zawał.

Czy polecam? No cóż, ładnie tam jest. Pani Żon się podobało. Dzieciokowi też, a nawet bardziej. Więc z bólem serca i z dreszczem sunącej po klawiaturze dłoni, jednak polecam. Nie, że jakoś bardzo. Ale można odwiedzić.

Plaża La Pelosa
Miodność: 4/6

Zadeptanie: 7/6

Ok, to tyle na dziś. I już, od razu oraz awansem, zapraszam do kolejnego wpisu traktującego o cudach i dziwach Sardynii północnej, który to wpis będzie konkretnie i do bólu o Alghero oraz Grocie Neptuna.

pankoszmarny

pankoszmarny - człowiek widmo, człowiek orkiestra. podróżnik, mąż, ojciec, póki co jeszcze nie dziad. niezastąpiony drogowskaz dla zagubionych duszyczek. blog podróżniczy to jego konik, pasja oraz szaleństwo w jednym.